Życie a Gry Komputerowe… ;)

Posted in Pokój Wielkiego...Błazna on marzec 4th, 2010 by Duncan

Z racji bycia świeżo upieczonym Tatą i zdobywanie płynącej z tego faktu całej masy nowych doświadczeń zauważyłem duża ilość analogi pomiędzy opiekowaniem się dziećmi, a Grami komputerowymi o charakterze taktycznym.

Podział na klasy jest aż nadto widoczny:

MAMA – Solider – Twardziel z zasobnikami pełnymi Mleka, którym konieczne jest ostrzeliwanie małego brzdąca (opcjonalnie może być doskonałym operatorem ciężkiej butelki z mlekiem). Posiadła w stopniu mistrzowskim takie skile jak przewijanie i przebieranie czy kąpiel. Jest niesamowicie odporna na dźwięki wysokiej częstotliwości jak i ataki biologiczno chemiczne. Typowy Tank. Przyjmuje na siebie główny impet ataku Dziecka i w krytycznej sytuacji jest w stanie przetrwać go samotnie, ale wiąże się to zwykle dużym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym, co skutkuje nękaniem dziecka w późniejszych latach (zwanym potocznie syndromem nie odciętej pępowiny).

TATA – Support  Officer – Jednostka wsparcia operująca w stałym kontakcie z Soliderem. Zapewnia jej zapasy pożywienia i wody. Wykonuje działania pomocnicze jak sprzątanie domu czy mycie naczyń. Czasem nawet gotuje. Zwykle jednak jego zadania polegają na wspieraniu Tanka przy działaniach bezpośrednio przy dziecku – asystowaniu przy kąpieli czy pomoc przy karmieniu bądź przewijaniu. Tata potrafi operować ciężką butelka z mlekiem, ale robi to gorzej od Solidera. Posiada bardzo wysoki poziom skila prowadzenia wózka.

Niestety w oddziałach o słabym morale i luźnej dyscyplinie spotyka się Support Officerów, którzy sprzeniewierzają się obowiązkom i próbują się od nich uchylić zwykle spotykając się z innymi SO i knując przy piwie bądź oglądając w telewizji mecze…też przy piwie.

BABCIA – Medic – Doświadczony weteran, który z niejednym dzieckiem sobie poradził. Zwykle pełna dobrych rad i celnych wskazówek. Ma zdolności wykraczające poza racjonalne rozumowanie. Potrafi uspokajać dziecko dotykiem, warzyć dziwne mikstury czy kojąco wpływać na sytuacje stresowe w zespole. Ma dużą wprawę w operowaniu CBzM i w razie potrzeby może zastępować SO w działaniach pomocniczych.

Należy jednak zauważyć, że jest to najbardziej niejednoznaczna postać w całej „Grze”. Potrafi, bowiem przybrać postać straszliwej Teściowej, zwanej też ironicznie Mamusią. W tej formie ujawnia się skryta chęć do przejęcia wszystkich ról i zdominowania gry. Stara się wówczas odsunąć pozostałych graczy od dziecka lub też sabotuje prace zespołu poprzez udzielanie rad utrudniających pracę.

DZIADZIUŚ – Sniper – zwykle przyczajony obserwuje dziecko by w chwili zagrożenia jednym zdecydowanym wzięciem go w ramiona zażegnać niebezpieczeństwo. Podobnie jak Medic ma zdolność uspokajającego dotyku. Dodatkowo jego specjalnością jest zdolność przywoływania wsparcia z powietrza. Zrzuty zawierają zwykle dodatkowe zabawki i gadżeciki dla maleństwa. Podobnie jak SO potrafi pilotować wózek jednak, gdy to prowadzi pęcznieje z dumy tak bardzo, że może stracić kontrole nad pojazdem i zjechać na manowce. Niska odporność na ultradźwięki oraz ataki Bio-Chem czynią z niego jednostkę raczej nie używana w starciach bezpośrednich jak karmienie czy przewijanie.

Wersja znana, jako teściu vel Tatuś występuję bardzo rzadko. Jeśli już to zwykle celem ich ataków jest Support Officer. Częstokroć jego obecność w takiej formie działa na zasadzie Oficera Politycznego i znacząco podnosi morale.

RODZEŃSTWO RODZICÓW – Enginer – grupa odpowiedzialna za chwilowe wspieranie jednostek głównych oraz zapewnianie wsparcia logistycznego w postaci cięższych zabawek i skomplikowanego sprzętu. Od biedy są w stanie chwilowo zastępować SO ale Soliderzy wola ich nie angażować w działania wsparcia. Niska odporność na stres oraz ataki Bio-Chem sprawiają, że łatwo ich przy takich działaniach stracić.

ZNAJOMI RODZICÓW – Fresh Meat – Statyści używani głównie, jako tarcze strzelnicze dla dziecka. Mało odporni na ultradźwieki oraz pozostałe wyposażenie ofensywne Dziecka zwykle padają przy pierwszym starciu.

DZIECKO – Da Bad Guy/Girll, Da Target – Jest to nasz główny cel i jednocześnie pierwszy przeciwnik. Po mimo niewielkich rozmiarów potrafi być niezwykle niebezpieczny. Pod płaszczykiem słodkiej minki i wielkich szklistych oczków kryje zabójczy arsenał. Atak ultradźwiękowy, który zwykle udaje się stłumić celną serią mleka to nic w porównaniu z chemiczną bomba, jaką ta słodka bestyjka potrafi wystrzelić w pieluchę. Jakby tego było mało niektóre osobniki lubują się w zastawianiu zasadzek. Kiedy nieświadomy niczego Solider rozbraja zaległa w pieluszce kupę zostaje potraktowany atakiem chemicznym w postaci kolejnej kupki tudzież celnego strumienia moczu.

Tags: , , ,

„Stare Zdjęcia”

Posted in Tak zwane wiersze on luty 18th, 2010 by Duncan

Zatrzymany w ciszy nietrwania
Przeglądam stare czarnobiałe zdjęcia
Zamrożone na papierze wspomnienia
W pół zdania urwane myśli
Świat huczy wokół ogromem doznań
Zamykam oczy
Starając się wsłuchać w świata serca bicie
W ciszy nietrwania
W braku słów
Bezsens sensu
Z otaczającego wyłania się gwaru
Pozorny porządek jawi się jako maska
Noszona na twarzy przez chaos
I tylko stare czarnobiałe zdjęcia
Można ułożyć w porządku…


Zawsze piszę na opak.
Dużo mam ostatnio do zrobienia. Czasem za dużo…ale wbrew temu co widać powyżej jestem szczęśliwy jak nigdy.
Ja po prostu tak na opak czasem wyrażam to co w sercu noszę.

Tags: , , , , ,

O dziewczynce, która śniła się innym dzieciom…

Posted in Rozdroża on styczeń 6th, 2010 by Duncan

Spotkanie 1.
Mam już zaczynać. Nie? Dobrze poczekam. O, będzie Pan nagrywał. No tak standardowa procedura. Oczywiście. Już mogę? Na pewno chce pan wszystko od początku? Jak Pan uważa. Proszę, zatem słuchać uważnie:
Wszystko zaczęło się, kiedy miałem siedem lat. Był wrzesień, początek szkoły. Czas, w którym dopiero poznawaliśmy inne dzieci z klasy. Wszystko było takie czyste, spontaniczne i swobodne. Nie czuło się presji, pod jaka działają dorośli. Liczyło się tylko to, aby się dobrze bawić. Owszem, był stres i nerwy związane z pierwszymi dniami w szkole, ale było to jakieś takie naturalne. Nie przeszkadzało, przynajmniej za bardzo. Może teraz z perspektywy czasu idealizuje ten okres, ale wydaje mi się, że właśnie tak było. Idealnie. Nie to złe słowo. Raczej idyllicznie.
Doskonale pamiętam dzień, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. Dołączyła do naszej klasy później, ponieważ jej rodzice przeprowadzili się z innego miasta. Miała długie ciemne loki, jasne błyszczące oczy, śliczną twarz i uśmiech, który sprawiał, że chłopakom robiło się gorąco. Jak szła to cały świat zdawał się patrzeć tylko na nią. Chyba już wtedy się zakochałem. Tak od pierwszego wejrzenia. Zalało mnie uczucie, którego nigdy dotąd nie znałem, które sprawiało, że jej uśmiech towarzyszył każdemu słowu i każdej mojej myśli. Miała na imię Laura.
Kiedy myślę o tych dniach z obecnej perspektywy widzę biel. Dlaczego? Ponieważ kolor ten kojarzy mi się z czystością, nieskalaniem. Nawet teraz, gdy wszystko wokół jest w tym kolorze. Nie to nie było ironiczne. Po prostu wszystko wróciło z powrotem do tego jak było dawniej. Bo ona sprawiła, że biel zabarwiła się czerwienią. Kolor miłości, ale tez kolor krwi. Laura sprawiła, że serca wielu z moich kolegów biły szybciej. Koleżanek też, ale to było dużo później. Potrafiła jednak też sprawić, że serca te zamierały. W przenośni. Chociaż także i w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Często o niej śniłem. Byłem zbyt nieśmiały, aby podejść do niej i porozmawiać, zatem zostawały mi tylko sny. W niektórych byłem potężnym wojownikiem z komiksów, które kupował mi tata. Ratowałem ją wówczas z ciemnych lochów czy wysokich wież pokonując przy tym masę przeciwników. W innych byliśmy parą niczym z tandetnych plakatów mojej siostry. Spacerowaliśmy razem po plaży i objęci patrzyliśmy sobie w oczy a za nami zachodziło słońce.
Po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie jestem jedyny. Chłopaki nie chwalili się tym otwarcie, ale czasem wymykało im się, że też o niej śnią. Na początku nie rozumiałem dlaczego wzmiankom o tych snach niemal zawsze towarzyszyło zakłopotanie. Wydaje mi się, że moje niezrozumienie brało się z tego, że ją kochałem. Dopiero później zacząłem jej pragnąć i wtedy zrozumiałem skąd to ich skrępowanie. Choć po prawdzie to się dziwię. W końcu nie było w tym nic wstydliwego. Wtedy o tym nie myślałem. Teraz jednak widzę, że były to pierwsze oznaki społecznych pęt, które coraz ciaśniej nas krępowały.
Laura oddziaływała silnie na wszystko wokół. Choć byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi to wokół niej i tak zawsze kręciło się sporo starszych chłopaków. Muszę przyznać, że choć Laura pozwalała się adorować to zawsze trzymała bezpieczny dystans. Sprawiała przy tym pełne klasy wrażenie, że w stu procentach kontroluje sytuacje. Faktycznie tak było. Podobnie było z nauczycielami. Dzięki świetnym stopniom i wzorowemu zachowaniu szybko stała się ich ulubienicą. Stawiano ją za wzór do naśladowania. Świat jest jednak taki, że tego rodzaju osoby zawsze mają wrogów. Nie mam tu na myśli osób z przeciwnej strony skali. One tylko prześmiewały się bagatelizując kolejne sukcesy Laury. Prawdziwym oponentem były osoby, które pretendowały do pozycji lidera, a nie godziły się na życie w jej cieniu.
Bliźniaczki Ania i Basia skupiły wokół siebie grupę dzieciaków, które z jakiś powodów reagowały na Laurę skrajnie inaczej od jej adoratorów. Pomimo moich uczuć starałem się jednak trzymać poza obydwoma grupami. Za bliźniaczkami nie przepadałem, a dla otoczenia Laury byłbym jedynie obiektem żartów i kpin. Dlaczego? Bo byłem biedny. No może nie całkiem biedny, ale moi rodzice byli zwykłymi urzędnikami i nie mogłem sobie pozwolić na markowe ciuchy czy bajeranckie gadżety. Ot takie już jest życie. Nie, nie miałem o to do nikogo pretensji. Tylko irytowało mnie, że jestem dla nich kimś gorszym z tego tylko powodu, że moi rodzice maja mniej pieniędzy. Ja przynajmniej znałem ich wartość. Od kiedy tylko mogłem starałem się jakoś zarabiać. Roznosiłem gazety czy pomagałem w myjni wujka Arnolda. Nie interesowało mnie jednak kupowanie metkowanych ciuchów czy nowiutkich komórek. Miałem za to pokaźną bibliotekę. Co prawda nie mogłem tym szpanować przed…jakie to były książki? Takie, jakie czytają dzieciaki w podstawówkach. Wie pan? Przygodowe, fantastyczne trochę o piratach i kilka kryminałów. Nie, nie korzystałem z bibliotek. Miałem…mam coś w rodzaju mani posiadania. Wypożyczenie książki mnie nie zadowalało. Musiałem ją mieć.
W każdym bądź razie nie o tym miałem mówić. Na czym to ja skończyłem? Już pamiętam! Tak, więc pomiędzy tymi dwoma grupami wyraźnie iskrzyło. Jak już wspomniałem wcześniej ja stałem z boku. Dzięki temu mogłem w spokoju przyglądać się całemu konfliktowi. Początkowo byłem zaskoczony tym, że obóz Laury nie wykazuje jakiejkolwiek aktywności. To dzieciaki skupione wokół bliźniaczek przejmowały inicjatywę. Związane sznurowadła w szatni, pinezki na krzesłach, guma do żucia, która przypadkiem wpadła we włosy jednej z dziewczyn. Wszystkie te przykrości spadały na dzieciaki stojące za Laurą. Te zdarzenia nasiliły się w połowie drugiej klasy. Wtedy chyba do końca straciłem wiarę w niewinne dzieciństwo. Choć nie. Tak naprawdę straciłem ją pół roku później, gdy po raz pierwszy śniłem wspólnie z Laurą.
Zastanawiałem się, dlaczego Ani i Basi udało się oprzeć urokowi Laury. Ich siła tkwiła w tym, że były bliźniaczkami. Wszystkie bliźnięta są niezwykłe. W przeciwieństwie do większości ludzi bliźniaki oddziaływają na siebie nawzajem wzmacniając się i czyniąc silniejszymi. Podejrzewam, że Ania i Basia miały podobne możliwości do przykuwania ludzkiej uwagi jak Laura. Tyle tylko, że one nie były tego daru świadome. Laura była, a co więcej była również świadoma tego jak wielkim zagrożeniem są dla niej dziewczynki. Dlatego gdy nikt nie widział ona działała.
Pierwszy raz Laura zabrała mnie ze sobą, gdy odwiedziła Nikodema. Najlepszego kolegę dziewczynek. Niki śnił, że jest poszukiwaczem skarbów. Szedł po wąskich kamiennych kładkach rozpiętych nad bezdennymi przepaściami. Na końcu drogi znajdował się prastary ołtarz, na którym spoczywał olbrzymi czerwony kamień. Niki szedł bardzo ostrożnie strącając w ciemność kurz i kawałki skał, które trzeszcząc odpadały od skalnych pomostów. Gdy wreszcie dotarł do ołtarza stanął nad nim i ostrożnie wziął zdobycz do ręki. Nieoczekiwanie kamień zapulsował w jego dłoni zamieniając się w bijące ludzkie serce. Za jego plecami stanęła Laura, w jej piersi ziała dziura. Dziewczynka wyciągnęła dłonie po bijący organ i prosiła chłopca by oddał jej serce. Nikodem zawahał się chwilę a ona spytała, dlaczego taki jest. On wrzasnął na nią, że jest złą i podłą jędzą, która tylko udaje grzeczną a tak naprawdę chce kontrolować wszystkich wokół. Wtedy Laura uśmiechnęła się paskudnie pokazując garnitur ostrych niczym obsydianowe noże zębów. Jej oczy całe zrobiły się czarne, a na palcach wyrosły szpony. Tak uzbrojoną dłonią chwyciła przerażonego chłopaka za gardło i powiedziała, że ma się odpierdolić od dziewczynek, bo inaczej załatwi go tak, że rodzona matka go nie pozna. Powiedziała, że teraz jest Jej, a jeśli nie chce to będzie, co noc go zabijać aż wreszcie umrze naprawdę.
Gdy rano przyszedłem do szkoły zauważyłem, że Nikodem trzyma się z grupą chłopaków adorujących Laurę. Na początku uznałem to za zwykły zbieg okoliczności. Kilka dni później przyśniło mi się jak Laura pali włosy Dominice, która była jedna z najbliższych przyjaciółek Ani. Dziewczynka była sama w zaułku. Jej piękne jasne włosy płonęły żywym ogniem. Wybiegła na ulicę gdzie chodnikiem szli ludzie i błagała o pomoc w ugaszeniu pożaru, który nie wiedzieć, czemu wciąż płonął. Wszyscy ją ignorowali. W tłumie minęła ją Ania i Basia. Gdy uczepiła się jednej z nich została kopnięta w twarz i obrzucona wyzwiskami. Nieoczekiwanie podeszła do niej Laura i jednym gestem stłumiła ogień. Z głowy Dominiki płatami schodziła poparzona skóra. Laura powiedziała, że jeśli z nią pójdzie to odzyska swe włosy. Dominika spytała, co się stanie, jeśli nie pójdzie? Wtedy znikąd pojawiła się Basia i ponownie kopnęła ją w twarz a Laura ze stoickim spokojem powiedziała, że będzie cierpieć ten sen i to upokorzenie, co noc. Nigdy nie lubiłem Dominiki. Kilka dni wcześniej wyzwała mnie od żałosnych biedaków, więc po cichu miałem nadzieję, że odmówi. Niestety strach zrobił swoje. Snem się nie przejąłem, ponieważ zrzuciłem to na karb mojego negatywnego stosunku do dziewczyny. Nie zmieniło to faktu, że w krótkim czasie Dominika zupełnie odcięła się od bliźniaczek. Śniłem o każdej osobie, która do końca trzeciej klasy opuszczała szeregi towarzystwa dziewczynek. Nikt nigdy słowem nie zdradził czy to, co widziałem w snach faktycznie też im się przyśniło czy było tylko wytworem mojej wyobraźni. Pewność zyskałem dopiero kilka lat później.
Im mniej ludzi trzymało się z dziewczynkami tym bardziej agresywne i zajadłe były ich ataki. Gdy w połowie trzeciej klasy pozostała przy nich już tylko garstka dzieci Ania przewróciła Laurę i zaczęła ją bić. Gdyby nie moja interwencja pewnie zrobiłaby jej krzywdę a tak skończyło się tylko na krwi z nosa. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Laury. Zagościł na niej najbardziej drapieżny uśmiech, jaki w życiu widziałem. Uśmiech ten jednocześnie mnie przerażał i sprawiał, że chciałem ją chwycić w ramiona. Chciałem pomóc jej wstać, ale ubiegł mnie Jakub - klasowy super-sportowiec - jeszcze na mnie warknął, że przez moją ślamazarność Laura ma rozbity nos. Ona odpowiedziała, że on też nie zdążył i spojrzała na mnie wzrokiem, który sprawił, że nogi się pode mną ugięły po czym nazwała mnie swoim rycerzem. Niestety wywołało to efekt odwrotny do zamierzonego - a może właśnie taki jak chciała - gdyż towarzystwo wokół wybuchło śmiechem. Zlekceważona przez wszystkich Ania oddaliła się z płaczem. Niecałą godzinę później wylądowaliśmy wszyscy u dyrektorki. Pani Jakowlew, która była nauczycielką fizyki przepytała nas z wprawą oficera śledczego po czym kazała dziewczynkom zostać i poczekać na rodziców. Ania płakała cały czas powtarzając, że Laura je prześladuje. Wtedy dopiero uważniej się jej przyjrzałem. Była wraz z siostrą niezdrowo blada, miała podkrążone oczy. Obydwie był tez bardzo chude. Kilka dni później szkołę obiegła wieść, że obydwie dziewczynki mają anoreksję. Odchudzały się wierząc, że dzięki temu będą równie popularne jak Laura.
Dwa dni później obydwie dziewczynki przyśniły mi się żeglujące z ojcem po jeziorze. Nagle od strony brzegu zerwał się silny wiatr. Jakby na przekór temu otaczająca łódź woda wygładziła się niczym lustro. Niebo pokryły ciężkie ciemne chmury. Od strony brzegu szła ku nim Laura. Stąpała lekko po lustrzanej powierzchni jeziora a szalejący wokół wiatr rozwiewał jej włosy upodabniając ją do jakiejś dawno zapomnianej bogini gniewu. Jej twarz wykrzywiał brzydki - choć na swój sposób piękny - drapieżny uśmiech. Nieoczekiwanie z wody wynurzyły się nienaturalnie długie białe ręce. Niektóre z nich miały po trzy i więcej łokci. Ich skóra była nadgniła i odpadała od mięśni. Przerażone dziewczynki skuliły się przy ojcu, który bohatersko tłukł wokół wiosłem. Koszmarne ręce drapały o drewniany pokład gubiąc paznokcie i rozsiewając wokół odór śmierci. W pewnym momencie udało im się chwycić mężczyznę i pomimo, że córki trzymały go za nogi, wciągnąć pod powierzchnie wody. Gdy tafla jeziora zamknęły się nad nim wciąż walczył, jednak czarna toń pochłonęła go bez reszty. Gdy odszedł ręce zniknęły. Laura stała na dziobie żaglówki. Spojrzała na dziewczynki i oznajmiła im, że to koniec. Po chwili spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczyma i uśmiechnęła się delikatnie po czym podziękowała za pomoc. Mimo makabrycznego wydźwięku snu byłem przepełniony miłością.
Następnego dnia dowiedziałem się, że ich ojciec utonął poślizgnąwszy się w wannie. Tragiczne, nie uważa pan? Wtedy po raz pierwszy ze zgrozą i muszę przyznać jednoczesną fascynacją pomyślałem, że to, co śnię faktycznie jest prawdą. Ojciec bliźniaczek nie był sympatycznym człowiekiem. Był arogancki i gwałtowny. Wtedy te myśli pozwalały mi nie patrzeć na siebie jak na współwinnego tej śmierci. Jednak gdzieś w głębi tak właśnie się czułem. Jak morderca.
Oczywiście. Mogę tu przerwać. Jak rozumiem jutro będziemy kontynuować? Bardzo się cieszę. Harold pana odprowadzi. Do zobaczenia.

Spotkanie 2.
Witam znowu. Oczywiście. Niech Pan rozłoży swój sprzęt, a ja naleję wody. Też pan chce? Rozumiem. Już mogę mówić. Dobrze. Z tego, co pamiętam skończyliśmy na śmierci. Wypada więc kontynuować historie od tego momentu.
Dwa tygodnie po wypadku zaczęły się wakacje. Bliźniaczki bardzo przeżyły śmierć ojca. Z tego, co wiem kilka miesięcy spędziły w zakładzie zamkniętym i wciąż boją się otwartych zbiorników wodnych. W trakcie wakacji po raz pierwszy rozmawiałem z Laurą we śnie. Owszem wcześniej śniło mi się, że ją ratowałem czy, że spacerowaliśmy wspólnie, ale nigdy nie rozmawialiśmy. Powiedziała mi wtedy, że jestem niezwykły. Twierdziła, że podobnie jak ona potrafię wkradać się w sny innych ludzi. Pamiętając o wydarzeniach powiązanych z innymi moimi snami uznałem, że mówi prawdę. Bo w zasadzie, dlaczego nie. Czułem się wtedy taki ważny, taki wyjątkowy. No, bo przecież, jakie dziecko nie chce być superbohaterem. Każde chce. Prawda? W każdym bądź razie ja chciałem. I to bardzo. W dodatku ona przestała mnie ignorować. Rozumie pan? ONA. Moja wyśniona dziewczyna.
Przez wakacje śniłem wraz z nią tak, co dwa trzy dni. Spędzaliśmy wspólnie czas, chodziliśmy po lesie. Miałem wtedy dziesięć lat. Zastanawia mnie jedna rzecz. W tych snach zwierzęta bały się Laury, kwiaty więdły, gdy próbowała je zerwać. Teraz pamiętam to bardzo wyraźnie. Dlaczego wówczas nie zwróciłem na to uwagi? Nie wiem. Chyba za bardzo ją kochałem, aby przejmować się takimi błahostkami.
Za każdym razem sen kończył się w głowie innego dziecka. Niektóre z nich znałem innych nie. Pamiętam, że wnikanie w cudze sny nie przychodziło mi tak łatwo, gdy byłem z Laurą. Jakby rzeczywistość wokół gęstniała chcąc mnie zatrzymać. Może w takiej sytuacji każdy odruchowo się broni, może wyczuwa złe intencje. Tak teraz wiem, że jej zamiary były złe. Wtedy bardzo chciałem wierzyć, że to, co robi nie jest prawdziwe, że nikomu nie działa się krzywda.
Gdy rozpoczął się rok szkolny przeniesiono nas do nowo wybudowanej, nowocześniejszej i lepiej wyposażonej szkoły. Z tego też powodu utworzono nowe klasy. Byłem spokojny, Laura kilka tygodni wcześniej powiedziała mi, że będziemy w jednej klasie. Gdy w pierwszy dzień wszedłem do nowej szkoły widziałem tych, w których snach gościłem. Poznali mnie. Cieszyli się na mój widok. Mówili, że są moimi przyjaciółmi. Tak jak obiecali Laurze. Jednak, gdy nie widzieli, gdy myśleli, że nie patrzę, dostrzegałem w ich oczach strach, przerażenie i odrazę. Myśleli, że nie zauważam, że udają. Myśleli, że nawet, jeśli to widzę to mi to nie przeszkadza. Tak jak nie przeszkadzało Laurze.
Ja też udawałem. Grałem swoją rolę chłopaka Laury, mojej wymarzonej dziewczyny. Wszystko było tak jak chciała. Wszyscy ją wielbili, wszyscy ją lubili. Czasem ktoś się zbuntował, a wtedy wieczorem odwiedzaliśmy go z razem. Ja zwykle tylko stałem w cieniu, ona rozmawiała, poniżała i biła. Następnego dnia buntownik czy buntowniczka witali nas przyjaznym uśmiechem i pustymi, zniewolonymi oczyma. Starałem się nie myśleć o tym jak o czymś realnym. Miałem po prostu sny. Bardzo chciałem wierzyć, że tylko ja śniłem je każdej z tych nocy.
Tak się to toczyło. Muszę przyznać, że z czasem zacząłem się do tego przyzwyczajać. Byłem chłopakiem dziewczyny, która pomimo młodego wieku trzęsła całą podstawówką. Nie mogę powiedzieć, że byłem nieszczęśliwy, że cierpiałem. To nie tak. Po prostu gdzieś tam na dnie czułem, że coś nie jest tak jak powinno. Mały cichy głosik w głowie szeptał mi czasami, że nie tego naprawdę pragnę. Wydaje mi się, że Laura zawsze o tym wiedziała. Czasem, bowiem bawiła się mną, moim uczuciem. Gdy głos był silniejszy brała mnie na dystans. Jakby czuła mój opór. W takie dni byłem bardzo boleśnie świadomy, iż pomimo tego, że wszyscy mnie lubili to nie miałem nikogo poza Nią.
Tak było do czasu, gdy na początku piątej klasy poznałem Klarę. Pojawiła się jakby znikąd. Miała krótkie niemal białe włosy, wielkie zielone oczy i nosiła kontrastujące z jej drobna sylwetką okute blachą ciężkie buciory. Miała ostry charakter i coś niesamowicie wyzywającego w spojrzeniu. Pierwszy raz, gdy ją spotkałem wpadliśmy na siebie na korytarzu. Odepchnęła mnie od siebie i wyzwała od najgorszych po czym zniknęła w tłumie. Od tego czasu coraz częściej przyłapywałem się na tym, że ją obserwuję. Na przerwach, w trakcie wolnych godzin w świetlicy, po lekcjach, gdy szła do domu. Oczywiście moje zainteresowanie Klarą nie uszło uwadze Laury. Nie wiem czy sama to zauważyła czy doniósł jej któryś z jej niewolników. W każdym bądź razie kazała mi się od niej odwalić. Jednak zanim to zrobiła próbowała oczywiście odwiedzić Klarę we śnie. Wiem, bo też próbowałem. Nie udało się nam. O ile Laurę doprowadziło to do furii mnie to zainteresowało. Klara musiała coś wyczuć. Gdy następnego dnia wracałem ze szkoły czekała na mnie i zaczęła iść obok. Kazała nam się odpierdolić, bo pożałujemy. Nigdy nie zapomnę jej miny, kiedy spytałem czy nie zechce wyjść ze mną na jakiś sok czy coś takiego. Ledwo udało się jej ukryć rumieniec. Gdy się opanowała stwierdziła, że sok jest dla dzieci. Kupiliśmy, zatem cole i jakieś chipsy i poszliśmy do parku na jezioro. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, opowiadałem jej o szkole o mieście. Bardzo ją to interesowało, ponieważ przeprowadziła się tu dopiero kilka tygodni temu i jeszcze nikogo nie znała. Po jakimś czasie zadzwoniła jej mama i Klara musiała wracać do domu. Okazało się, że mieszka niedaleko mnie, więc odprowadziłem ją i poszedłem do siebie.
Czy moi rodzice się o mnie nie martwili? Nie wiem. Szczerze mówiąc byli zbyt zarobieni, aby zwracać na mnie uwagę. Wracali do domu późno, więc mogłem po szkole nie spieszyć się do domu.
W trakcie następnych tygodni często spotykałem się z Klarą. Czułem się przy niej taki spokojny i szczęśliwy. Było to coś zupełnie innego od tego, co czułem przy Laurze. Chociaż nie. To było raczej to co czułem gdy pierwszego dnia zobaczyłem Laurę. Tyle tylko, że po jakimś czasie moje przywiązanie do niej zaczęło wynikać z faktu, iż nie mam nikogo poza nią. Klara natomiast do niczego mnie nie zmuszała. Ja po prostu chciałem przebywać w jej towarzystwie. To chyba nieco żałosne, ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tych wszystkich ograniczeń, jakie narzucała na mnie Laura. Przy Klarze nie musiałem zawsze być wyprostowany, mogłem pociągnąć nosem, gdy miałem katar, a konkurs bekania po opiciu się napojem gazowanym był naprawdę zabawny, a nie niestosowny. Wtedy do mnie dotarło. Laura nie była dzieckiem. Ona była dorosła. Tylko wyglądała jak dziecko. Nie wiem jak tego dokonała. Zresztą nigdy specjalnie nie interesowałem się jak wchodzi do cudzych snów. Wiedziałem, że to potrafi tak jak teraz wiedziałem, że odkryłem prawdę. Wtedy zrozumiałem, że muszę ochronić Klarę. Pozwoliła mi wejść do swoich snów. Wtedy po raz pierwszy ją pocałowałem. Rocznikowo miałem już dwanaście lat, to było krótko po sylwestrze. Okazało się, że każdej nocy Laura napierała na sny Klary. Napierała z siłą i furią, o jaką mimo, wszystko nie zdołałbym jej posądzić.
Następnego dnia był poniedziałek. W szkole podeszła do nas Laura w asyście swojej świty. Powiedziała, że dla niej już nie istnieje. Było to jak zdjęcie uroku. W jednej chwili dopadł mnie ogrom krzywdy, którą wyrządziliśmy wspólnie innym dzieciom. Utonąłbym w tej fali bólu gdyby nie Klara, która chwyciła mnie za rękę. Pamiętam tylko, że mierzyły się wtedy spojrzeniami, ale żadna z nich nie odezwała się już słowem. Tej nocy Laura rozpoczęła kolejny atak na sen Klary. Każdej kolejnej trwały następne. Gdy co dzień mijaliśmy się w szkole jej drwiące spojrzenie pytało jak długo jeszcze wytrzymam. Co noc budziłem się coraz bardziej zmęczony. Po trzech tygodniach zaczęły się krwotoki. Najpierw niewielkie z nosa. Potem bardziej obfite. Rodzice byli przerażeni. Lekarze powiedzieli, że to z powodu przemęczenia jednak nikt nie wiedział gdzie mogłem się tak przemęczyć. Mama wzięła urlop. Codziennie przychodziła do mnie Klara. Mimo początkowych oporów polubiły się. Nawet bardzo. Tylko mamę wciąż raziły Klarowe buty. Gdy mój stan się pogorszył Klara powiedziała, że mam odpocząć, że poradzi sobie sama. Nie chciałem, ale bałem się, że jeśli i ja będę chciał przebić się do jej snu to tylko ją osłabię. Kiedy Klara odwiedziła mnie następnego dnia była bardzo zmęczona, ale się uśmiechała. Każdego kolejnego dnia wracała coraz bardziej wyczerpana. Piątej nocy obudził mnie triumfalny śmiech Laury. Miałem bardzo złe przeczucia. Tego dnia Klara nie przyszła. Czułem się już lepiej, więc zadzwoniłem do niej do domu. Nikt nie odebrał. Zadzwoniłem na jej komórkę. Odebrała jej mama. Dowiedziałem się od niej, że wieczorem Klara wyszła z psem na spacer i została potrącona przez samochód. Jest w szpitalu w bardzo ciężkim stanie. Pamiętam, że kiedy się w pospiechu ubierałem jeszcze lekko kręciło mi się w głowie. Mama właśnie wróciła z zakupów i nawet nie musiałem jej namawiać, aby pojechać do szpitala. Kiedy tam dotarliśmy naszym oczom ukazał się straszny widok. Moja dziewczyna miała złamane obie ręce, lewą nogę i strzaskane żebra. Jej mama powiedziała nam, że Klara miała krwotok wewnętrzny. Jej stan był ciężki, ale stabilny. Przez kolejne kilka dni spędzałem przy jej łóżku tyle czasu ile tylko mogłem. Mama przywoziła mnie rano, zostawiała jedzenie i odbierała wieczorem. Klara była bardzo słaba. Z ledwością mówiła. Gdy skończyło mi się zwolnienie wróciłem do szkoły.
Laura czekała na mnie.
No dobrze. Dokończę jutro. Rozumiem, rodzina. Proszę się zdać na Harolda. Odprowadzi Pana do drzwi. Do zobaczenia jutro.

Spotkanie 3.
Witam. Mam nadzieję dziś skończyć. Zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że nie do końca mi pan wierzy. Bo kto by uwierzył w taką opowieść zwłaszcza z ust piętnastolatka. No, ale nie chodzi przecież o to, aby mi pan wierzył. Prawda. Oczywiście. Proszę powiedzieć, kiedy pan będzie gotowy.
Jak już powiedziałem po wypadku Klary Laura czekała na mnie w szkole. Nic nie mówiła. Nie musiała, wyraz jej twarzy wystarczył. Oczywiście zaraz do mnie podeszła i powiedziała jak jest jej niby przykro i czy może jakoś pomóc. Odepchnąłem ją od siebie i powiedziałem, a w zasadzie wywarczałem, że dość już pomogła. Inni uczniowie pomogli jej wstać. Słyszałem za plecami jej przydupasów rzucających wyzwiska i puste groźby. Laura uspokajała wszystkich tłumacząc mnie i twierdząc, że mam prawo do takiej reakcji, że jestem w szoku. Suka. Oczywiście wiedziała, że tym gadaniem tylko umacnia swoją pozycje. Z żalem przyznaje, że świetnie to rozegrała.
Każdego kolejnego dnia na kilka godzin zaglądałem do Klary. Nocami czuwałem w jej snach. W szkole napotykałem tylko mur milczenia i groźnych spojrzeń. Nie było to miłe, ale nie spodziewałem się niczego lepszego. Ci, którzy otwarcie nie stali za Laurą unikali mnie dla świętego spokoju. Mimo wszystko bali się jej. Nauczyciele patrzyli na mnie z litością. Teraz nawet trudno mi powiedzieć czy współczuli mi czy po prostu uważali, że mam nie po kolei w głowie. Nie wiem i szczerze mówiąc ani wtedy ani tym bardziej teraz specjalnie mnie to nie obchodziło. Kolejne noce czuwania przy Klarze. Spokojne noce. Laura się wycofała, a przynajmniej tak się wydawało. Nagle pewnej nocy na ściany snu Klary natarła potworna siła. Uderzenia następowały z różnych kierunków. Musiała odnaleźć innych takich jak my. Tak myślałem wtedy. Prawda była jednak zupełnie inna.
Zwykli ludzie nie mogą wchodzić do cudzych snów. Mogą być jednak przekaźnikami. Do snów mogą wejść jedynie istoty takie jak ja, Laura czy Klara. Nasza podstawowa umiejętnością jest to, że w pewnych specyficznych warunkach potrafimy przypomnieć sobie swoje poprzednie wcielenia. Zwykle przebywamy w uśpieniu. Możemy tak przeżyć całe życie i nie dokonać niczego niezwykłego, możemy wybudzić się częściowo i tak jak Klara dokonywać pewnych rzeczy nieświadomie, w ramach odruchu. Koniec końców możemy tak jak Laura mieć dostęp do niesamowitych możliwości, jakie daje nam liczba żyć, które przeżyliśmy wcześniej. Im więcej żywotów przetrwaliśmy tym potężniejsi jesteśmy.
Laura myślała, że jestem zwykłym nieświadomym. Takich jest dość wielu. Podejrzewam, że bliźniaczki były nieświadomymi, choć trudno powiedzieć, bo nie widziałem ich od czasu, gdy wyjechały. Bliźniaki zawsze są niezwykłe, często dużo potężniejsze od zwykłych przebudzonych. Nic, więc dziwnego, że chciała je wyeliminować. Klara była nieświadoma. Tak, zgadza się. Teraz jest już wzbudzona. Oczywiście, że zdaje sobie sprawę, że wciąż jest w śpiączce. Nie zmienia to faktu, że wciąż jest przy mnie. Ciało jest tylko pewnego rodzaju manifestacją na określonym poziomie egzystencji. Ona jest ponad to.
Wracając jednak do Laury i jej ataku na Klarę. Moja…hmm…była wykorzystała swoich popleczników i za ich pośrednictwem wykonała olbrzymia ilość relatywnie słabych ataków na sen Klary. Skupiłem się na bronieniu mojej dziewczyny. Niestety nie przewidziałem, że to nie ona jest celem. Gdy byłem zajęty Laura zaatakowała, ale nie Klarę, lecz mnie. Wdarła się w mój sen. To nie było nic miłego. Stałem sam w małym ciemnym pokoju. U sufitu wisiała lekko bujająca się żarówka. Jej światło rzucało na ścianę wiecznie ruchome przerażające cienie. Wtedy jeszcze wciąż traktowałem siebie jak dziecko. I odczuwałem tak jak dziecko. Choć bardzo starałem się z tym walczyć to mimo wszystko balem się strasznie. W rogach pokoju coś przemykało za każdym razem, gdy nie sięgało tam wątłe światło żarówki. Wiedziałem jak wejść do cudzego snu jednak nigdy wcześniej nikt nie wszedł do mojego. Nie wiedziałem, co robić. Miotałem się jak dziki, mając w pamięci te wszystkie straszne filmy, w których coś czaiło się za plecami bohatera. Poznaczone głębokimi bruzdami deski skrzypiały głucho. Wydawało mi się, że przez szpary pomiędzy nimi widzę jak coś porusza się pod podłogą. Pot spływał zimną stróżką po moich plecach. Dłonie miałem mokre. Deski skrzypiały coraz głośniej. Wokół narastał dziwny dźwięk. Jakby skrzypiących małych nóżek. Nagle światło zgasło. Przez ciemność pokoju przebiegł obrzydliwy nieludzki śmiech i zapachniało zepsutym mięsem. Czułem wokół siebie jakąś obecność, niewyraźnie widziałem jakieś ruchy w ciemności. Mój oddech był głośny i urwany jak po długim biegu. Laura syciła się moim strachem, karmiła się nim. Gdy już myślałem, że oszaleję w pokoju zapadła nienaturalna cisza. Jak w chwili gdy na moment przed atakiem drapieżnika ofiara spostrzega, że już nie ma szans. Wszystko zwolniło, a pokój eksplodował oślepiającą jasnością. Gdzieś na granicy świadomości usłyszałem krzyk Laury. Po środku stała Klara, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że mnie kocha, że już wszystko pamięta. Gdy znikała mi z oczu usłyszałem prośbę abym się nie martwił. Przyrzekła, że wróci.
Gdy się obudziłem byłem cały mokry od potu. Następne kilka dni spędziłem w łóżku. Miałem wysoka gorączkę i majaczyłem. Budziłem się. Później dowiedziałem się, że tej nocy, kiedy walczyliśmy z Laurą stan Klary gwałtownie się pogorszył. Miała zapaść i wpadła w śpiączkę. Nie zmartwiły mnie jednak te wieści. Wtedy już wiedziałem, co się stało i co muszę zrobić.
Gdy już wydobrzałem poszedłem do szkoły. Wszyscy, którzy dotąd byli związani z Laura patrzyli na mnie z lekiem. Podejrzewam, że sami nie wiedzieli do końca, z czego się to uczucie brało. Sama Laura była nienaturalnie wręcz spokojna, cały swój strach przelała w wyznawców. Nie poddała się bez walki. Tak się zastanawiam, czy w jakimkolwiek raporcie policyjnym z tego zdarzenia ktokolwiek zadał pytanie skąd dwójka dwunastolatków zna sztuki walki rodem z azjatyckich filmów akcji. Czy ktoś spytał jakim cudem dziecko jest w stanie przebić swoim rówieśnikiem ścianę i walczyć dalej. Podejrzewam, że nikt. Wiem, że nikt.
Wiem też, że gdybym pozwolił Laurze żyć, gdybym okazał litość to prędzej czy później znalazły by się inne dzieci, inni ludzie, którzy doświadczyli by tego samego, co my. Nagięci jej wolą, zastraszeni i zniewoleni. Tak wiem, że za kilkadziesiąt lat ona odrodzi się w innym ciele. Może być pan pewien, że wtedy też ją znajdę. Postaram się być wówczas równie subtelny jak w sześćdziesiątym drugim.
Jak zapewne pan widzi to czego się dopuściłem nie wynikało z zaburzeń psychicznych, agresji, czy lęku. Była to czysta chłodna kalkulacja. Jedna śmierć na moim sumieniu za dobro niezliczonej ilości ludzi. Nie jest to coś, z czego jestem dumny ale chyba tak już po prostu musi być.
O, chyba czas nam kończyć. Tak wiem, że ma Pan jeszcze czas, ale ja już go dla Pana nie mam. Oczywiście, że mogę stąd wyjść. Klara właśnie się obudziła. Chce pan numer do szpitala? Proszę sprawdzić. Spała trzy lata. Tyle samo ile ja czekałem tutaj. Musze przyznać, że było nawet miło. Zresztą, gdyby nie to czego dokonałem w tej placówce chyba nigdy bym Pana nie spotkał.
Widzi Pan. Miałem rację.
Do zobaczenia. Oczywiście, że mnie Pan jeszcze spotka.

Epilog
Jonathan Franklyn MacCook jeden z najbardziej cenionych brytyjskich psychoterapeutów odbył trzy spotkania z piętnastolatkiem, któremu przypisywano wyprowadzenie ponad stu osób z ciężkich i uważanych za nieuleczalne zaburzeń i chorób psychicznych. Chłopiec to od trzech lat przebywał w szpitalu po tym jak na oczach całej szkoły zamordował swoją koleżankę z klasy. David miał wówczas dwanaście lat.
Po tym jak jego rozmówca skończył mówić Dr. MacCook zadzwonił do szpitala i dowiedział się, że Klara Adams zmarła nie wybudziwszy się ze śpiączki. Siedzący naprzeciw niego chłopiec uśmiechnął się, zamknął oczy i odpłynął w głąb swego umysłu. Jego ciało bezwładnie osunęło się na podłogę. Gdy lekarz do niego podbiegł puls był już niemal nie wyczuwalny. Pielęgniarz, którzy był przy chłopcu zaraz po nim starał się go reanimować. Bezskutecznie.
Oficjalna przyczyna zgonu Davida pozostała nie znana. Dr. MacCook w żadnym oficjalnym raporcie nie wspomniał o tym jak wiele nauczył się od dwójki młodych ludzi, którzy przez kolejne kilka miesięcy odwiedzali go wieczorami… gdy śnił.

kOOOnieC…

Grafika by ~ish-nim (http://ish-nim.deviantart.com/)

Tags: , , , ,

Krótki Komentarz do Spraw Bieżących

Posted in Polityka on grudzień 10th, 2009 by Duncan


1. Sprawa Gen. Jaruzelskiego

a. Notatka IPNu: Tak ostatnio słucham, co wyrabia nasz kochany Instytut Pierdół Narodowych i ciarki mi chodzą po plecach. Bo chyba nie jest rzeczą właściwą publikowanie w mediach oskarżeń pod adresem kogokolwiek, a zaraz potem dodawania małym druczkiem, że trzeba jeszcze potwierdzić ich prawdziwość. No bo jeśli jest to zasadne to ja wszem i wobec stwierdzam, że Bracia Kaczuszki rżna się nawzajem w rzyć regularnie co sobotę. Wiem to z rozmowy telefonicznej, której stenogramu nie posiadam, ale Pan Gosiewski ją słyszał i spisał coś na kształt subiektywnego opisu. Co prawda musze jeszcze potwierdzić wiarygodność tej informacji ale to juz mniej istotne. Po prostu brak słów na głupotę i ciemnotę ludzi w tym kraju.

b. Generał zdradził Polskę!: Tak się zastanawiam. Polska Republika Ludowa była członkiem struktur Układu Warszawskiego. Obecnie Polska III Rzeczypospolita jest członkiem struktur NATO. Wiążące nasz kraj umowy międzynarodowe regulujące nasz stosunek do krajów NATO są mniej więcej analogiczne do tych, które wiązały nas z Państwami UW. Zatem podstawowe pytanie jest długie i brzmi: Czy jeśli obecnie mielibyśmy w Państwie niepokoje które zdaniem MNP Prezydenta Kaczyńskiego (np. nagłe zamieszki gejów i żydomasoneri powiązanej z PO) wymagały by interwencji wojska i jeśli dodatkowo założymy, że siła tych zamieszek była by tak wielka, że dzielne Wojsko Polskie radziłoby sobie z nimi równie sprawnie jak z pacyfikowaniem arabów to czy MNP Prezydent byłby ZDRAJCĄ, jeśli zwróciłby się o pomoc do krajów NATO?? Uściślę, że Pakt Natowski zakłada interwencję wojsk sprzymierzonych, jeśli zagrożona jest stabilność wewnętrzna któregokolwiek z krajów członkowskich. Tak, więc pytam, dlaczego Gen. Jaruzelskiego oskarża się o zdradę, kiedy w sytuacji zagrożenia stabilności państwa zwrócił się do naszego - w ujeciu umów międzynarodowych - sojusznika. Może tak Ci wszyscy, którzy krzyczą o zdradzie powinni spróbować spojrzeć na te wydarzenia z punktu widzenia tych, którzy stali wtedy na czele Państwa. Nie twierdze, że te decyzje były dobre dla kraju, ale nawet, jeśli generał zwróciłby się do ZSRR to było to zgodne z wiążącymi nas porozumieniami międzynarodowymi…gdyby zwrócił się o pomoc do np. USA jak to zrobił Kukliński to wtedy byłaby to zdrada i złamanie porozumień UW. Nie zapominajmy, że wbrew temu, co usiłuje lansować Prezydent Kaczyński i jego gabinet w polityce tej skali nie ma miejsca na coś takiego jak „moje odczucia” czy „moje poglądy”. Wszystko, co się dzieje na arenie międzynarodowej musi wynikać z prawa i umów oraz co najważniejsze z świadomości konsekwencji naszych działań w skali międzynarodowej, a te jasno wskazywały, że naszym sojusznikiem jest ZSRR a nie USA. Bo nie uwierzę, że ZSRR pozwoliłoby NATO na bratnią pomoc w Polsce ;)

c. Nocne czuwanie przed domem Gen. Jaruzelskiego: mam (jeszcze) 25 lat i nie pamietam stanu wojennego. Nie żyłem wtedy, nikt nie przerwał mi teleranka, a Wroniec nie porwał moich rodziców. Uważam też, że historie piszą zwycięzcy i wbrew temu co twierdzi IPN i armia paranoidalnych tępicieli komunizmu NIGDY NIE DOWIEMY SIĘ JAK BYŁO NAPRAWDĘ Z WPROWADZENIEM STANU WOJENNEGO. Tak więc wy wszyscy którzy macie tyle samo co ja i mniej lat darujcie sobie. Wasze nocne czuwanie pokazuje tylko jak bardzo daliście się zmanipulować propagandzie i poglądom, że przeszłość jest ważna. Zostawcie tego starego człowieka w spokoju. Jeśli faktycznie zrobił źle wprowadzając stan wojenny i ma sumienie to samo życie jest dla niego wystarczająca karą. Jeśli nie ma sumienia to i tak nic nie wskóracie poza głupia manifestacją archaicznych poglądów. Jeśli natomiast zrobił dobrze to wyjdziecie na głupków, którzy dali się omotać propagandzie nowego Wrońca.

2. Ojciec Dyrektor „Obrońca pijanych kierowców” Rydzyk: Tutaj normalnie brak słów, aby określić, co ten człowiek (to chyba nie jest dobre słowo) wyrabia. Mówienie w kazaniu o tym, że koniaczek na drogę nie jest niczym złym! Kutfa Ojciec!! Ja nigdy po wypiciu choćby kieliszeczka alkoholu nie siadłem za kółko. Każdy człowiek po alkoholu to potencjalna bomba zegarowa. Ciekawe czy Ojciec Dyrektor weźmie na swoje sumienie tych ludzi, którzy zgina pod kołami aut po tym jak jego „miliony słuchaczy” posłuchają swego duszpasterza i chlapną sobie koniaczek przed podróżą. Choć szczerze mówiąc wątpię…sumienie trzeba najpierw mieć!

Tags: , , , , ,

Świnki Trzy ;)

Posted in Rozdroża on listopad 16th, 2009 by Duncan

W ciągu ostatnich tygodni miałem okazję przesłuchać trzy interesujące płyty. Wszystkie były bardzo wyczekiwane i ich pojawienie spowodowało żywiołowe reakcje fanów. Nie wiem czy mogę się nazwać jednym z nich. Owszem interesują mnie losy wszystkich trzech wykonawców jednakże nigdy nie uważałem się za fana. Raczej za osobę która lubi ich posłuchać. Nic więcej. Mam nadzieje, że dzięki temu będę mógł spojrzeć na te płyty z dystansem jakiego brakuje fanom. To co napiszę poniżej raczej trudno nazwać recenzjami. To raczej moje subiektywne zdanie na temat:

Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Zacznę od tej płyty ponieważ Hey jakoś nigdy nie był mi szczególnie bliski. Zawsze kojarzyli mi się z muzyką raczej zbyt na mnie spokojną i leniwą, a przez to nie zachęcili mnie jakoś do bliższego poznania swojej twórczości. Jeśli ktoś twierdzi, że mają oni w repertuarze ostrzejsze kawałki to ta płyta na pewno mnie nie przekona.

Nie znaczy to, że jest zła. Wręcz przeciwnie. Jak zwykle doskonała Kasia Nosowska wlewa we wszystkie teksty subtelną nutę melancholii, wspaniała muzyka chwilami delikatnie romansująca z klimatami Jean Michael Jarre’a stanowi idealne tło dla rewelacyjnych tekstów. One właśnie stanowią największy atut płyty. Ambitne, wieloznaczne i jednocześnie naprawdę przyjemne. Napisane mimo wszystko lekko nie sprawiają wrażenia topornych. Słuchanie ich to naprawdę miła odmiana od standartowo popowej pulpy którą zalewają nas obecnie wytwórnie. Hey wspaniale udowodnił, że można w polskiej branży muzycznej śpiewać jesiennie nie będąc przy tym kolejnym klonem znanej gwiazdy i w kółko nawijać o straconej miłości. Zespół wciąż ma swój wyczuwalny styl a to jest ostatnio bardzo rzadkie. Obawiam się jednak, że to sprawi, że trafi on do swojego stałego grona fanów i choć zapewne spodoba się krytykom to nie odniesie sukcesu komercyjnego. Na szczęście chyba jednak nie do końca o to im chodziło.

Na koniec chciałbym zauważyć, że najbardziej zaskoczył mnie obecny w niemal każdym utworze odczuwalny beatowo-elektroniczny rytm. Nie dominuje on i nie zamienia Heya w pseudo-pop ale jednocześnie sprawia, że gdy rozbrzmiewa w słuchawkach to naprawdę miło się przy tej muzyce chodzi. Nie wiem jak na to zareagują fani ale mi podoba się do tego stopnia, że zamierzam odwiedzić znajomego który mam nadzieje wypożyczy mi nieco z Heyowej kolekcji. Może jednak zostanę fanem…

Kult: Hura!

Kult…to kult. Co prawda lepiej poznałem ich twórczość późno bo dopiero na studiach. Dodatkowo mimo, że zespół cenię i szanuje to nigdy jakoś bardziej odczuwalnie w moim sercu nie zagościł. Nie wiem czemu. W zasadzie to bardzo ich lubię ale jakoś tak wyszło, że słuchałem ich tylko czasami. Raczej z rzadka.

Gdy zacząłem słuchać ich najnowszej płyty to co chwila wybuchałem śmiechem. O ile powyższy Hey jest smutno-poważny to Kult jest ironicznie-jajcarski. Ciekawe jest to, że tak naprawdę odbieram płytę jako swojego rodzaju powrót do przeszłości ale mimo to jest to przeszłość traktowana z lekkim przymrużeniem oka. Kazik i chłopaki kpią z rzeczywistości, obśmiewają politykę, religię i społeczeństwo. Robią to przy tym z takim wyczuciem i błyskotliwością, że nie sposób nie zachwycić się maestrią tekstów.

Wszystko to jest przyprawione wyśmienitą muzyką, która w jakiś sposób sprawia, że człowiek ma ochotę zrobić coś szalonego.

Płyta Hura zawiera nasiona buntu, rewolucji. Trudno mi to opisać ale jest w niej coś niesamowitego. O ile Hey sprawiał, że włączał mi się nastrój jesienno kontemplacyjny to tutaj mam ochotę biegać i niczym Kaczor Duffy domalowywać ludziom sumiaste wąsy. Chłopakom z kultu udało się wpleść w muzykę radość i wolność.

Chwała im za to!! HURA!!! HURA!! HURA!!

Agnieszka Chylińska: Modern Rocking

Na koniec chyba najbardziej kontrowersyjny album tego roku.

ZDRADA!! HAŃBA!! Krzyczą fani. Aga się sprzedała!! Nie jest już paszczetem!! Jest fajną laską!! Na pohybel!!

Rany jak dobrze, że nie jestem fanem.

Muszę jednak przyznać, że do najnowszej płyty eks-wokalistki O.N.A. pochodziłem chyba ze trzy razy. I koniec końców uznaję, że jest ona…przede wszystkim zupełnie inna od poprzedniej – do której notabene też podchodziłem kilka razy zanim mnie do siebie przekonała.

Zdecydowanie jest to najbardziej popowa ze wszystkich trzech omawianych tutaj pozycji. Muszę jednak przyznać, że Agnieszka poszła w kierunku – wbrew opiniom fanów – ambitnej wersji popu zahaczającej momentami o elektronikę – np. rewelacyjne Niebo.

Ocena Modern Rock’u jest najtrudniejsza ze wszystkich trzech pozycji. Obawiam się, że trudno jest tu jednocześnie uciec od oceny zmiany jaka zaszła w samej Agnieszce Chylińskiej. Ona zawsze kojarzyła mi się z żywiołem. Boską furią która gniewnie wykrzykuje to co chce. Nigdy nie ceniłem Jej za ambitne teksty czy dobrą warstwę muzyczną – choć nie twierdzę, że była na tych polach słaba. Agnieszka zawsze ujmowała mnie szczerością. Jej pełne pasji i prostoty teksty były czymś co sprawiało, że można było się w nich zanurzyć. Ich specyfika sprawiała, że tak łatwo było się z nimi utożsamiać. Jak jest teraz? Jak już przyzwyczaić się do ostrego beatu i elektroniczno-popowego brzmienia to okazuje się, że dalej słychać w Niej ten gniew tą furię i tą szczerość. I to pozwala mi wierzyć że Agnieszka się nie sprzedała. Pokazała tylko wielkie „fuck off” tym wszystkim którzy chcą Jej mówić jaka ma być i co ma grać.

Chwała jej za to!

Tags: , , , , ,

P. P. Requiem… R.I.P.

Posted in Rozdroża on październik 26th, 2009 by Duncan

Na skraju długiej, prostej drogi siedział Cień. Był średniego wzrostu, miał potargane włosy i jak każdy cień był cały czarny. Z jego zlanych z resztą ciała oczu ciekły smoliste łzy, które wtapiały się w wysuszony popołudniowym słońcem asfalt nie pozostawiając na nim żadnego śladu. Wysoko na niebie szybował drapieżny ptak. Jego głos niósł się echem przez prerię. Stojący za plecami płaczącego billboard informował przejezdnych - o ile jacyś byli - iż do najbliższej stacji benzynowej mają dwie mile, a dalej ponad dwieście mil bezludzia.

Cień odwrócił się i spojrzał na reklamę myśląc, że przecież tego właśnie pragnął. Jego myśli były ciężkie i pełne goryczy. Zawsze czuł się taki uwiązany, zależny. Na początku robił to, co wszystkie cienie. Dokładnie to, co jego Chłopiec. Mimo wielkiej potęgi, którą dysponował nigdy nie mógł dotknąć prawdziwego świata. Zawsze były to tylko kontury rzeczywistych przedmiotów, zarys rzeczywistych ludzi. Miał nadzieje, że chociaż z cieniami ludzi się pobawi, że chociaż napije się cienia soku z rzuconego na ścianę obrysu butelki. Niestety. Inni z jego gatunku nie chcieli z nim rozmawiać, a cień soku był kompletnie pozbawiony smaku. Nie potrafił stwierdzić, czy inni mu podobni nie potrafili czy też może nie chcieli z nim rozmawiać. Na domiar złego jego podopieczny był nieśmiałym odludkiem, który stronił od innych ludzi i nie miał żadnych znajomych. Dlatego Cień był smutny i bardzo samotny.

Pewnego dnia, był tak pochłonięty rozmyślaniami o własnej niedoli, że dopiero po chwili spostrzegł, że Chłopiec dziwnie się na niego patrzy. Cień znajdował się wtedy na ścianie. Malec podnosił do góry ręce i je opuszczał. Czarny towarzysz spojrzał na niego, a następnie na siebie i dopiero wtedy spostrzegł, że jego ręce się nie poruszyły. Nieco nieśmiało uniósł je ku górze, ale w innym tempie niż jego fizyczna manifestacja. Dziecko spojrzało na rzucony na ścianę kontur swojej sylwetki, a w jego oczach przerażenie walczyło z ciekawością. Po chwili pochylił się w kierunku muru i spytał wyrastające z jego stóp stworzenie, kim jest. On odpowiedział, że cieniem. Ta prosta rzeczowa odpowiedź ośmieliła malca, z którego wylał się potok słów. Jego rozmówca był początkowo zdziwiony, że Chłopiec go dostrzegł, ale uznał, że jest On po prostu bardziej wyjątkowy od innych ludzi. Stali się nierozłączni i choć wcześniej też tacy byli to teraz słowo to nabrało zupełnie innego znaczenia. Dotychczas apatyczne i markotne dziecko nagle jakby dostało skrzydeł. Nowy kompan zabaw uczył go jak się tropi koty, pokazywał gdzie, co sobotę mają swój bal wróżki i jak zrobić psikusa złośliwemu sąsiadowi z końca ulicy. Obaj uczyli się od siebie nawzajem, śmiali się, i spędzali czas beztrosko psocąc figlując i robiąc to, co wszystkie dzieci w tym wieku. Mama Chłopca początkowo ignorowała jego przyjaciela, a później zgodnie z radą pewnej pani zaczęła nawet do niego mówić. Niestety szybko okazało się, że go nie słyszy. Minęło kilka lat. Malec poszedł do szkoły i zaczął zdobywać nowych, żywych przyjaciół. Cień bardzo posmutniał, ponieważ nie mógł bawić się z Chłopcem w berka czy też pograć z nim w piłkę. Rozmawiali coraz mniej, Dzieciak miał dla niego mniej czasu, a więcej poświęcał go dla ludzkich znajomych. Ich przyjaźń usychała. Zdesperowany przyjaciel czepiał się wszystkiego, ale ludzki towarzysz coraz częściej go ignorował. Na nic się zdały podszepty na temat tego, jacy naprawdę są jego znajomi. Nie wierzył, gdy czarny przyjaciel zapewniał, że wszyscy oni go opuszczą. Chłopiec był głuchy na jego słowa. Cień powoli zaczął podejrzewać, że Maluch zapomina język cieni. Przeraził się, że jego przyjaciel dorasta. Słyszał jak kiedyś jedna pani mówiła mamie Chłopca, że jak ów dorośnie to zapomni. „Chyba nie zapomni o mnie” pomyślał wtedy. Przecież zapewniał go, że zawsze będą razem, ale Cień coraz częściej myślał, że jednak zostanie zapomniany. Bał się tego tak bardzo, że chwytając się ostatniej deski ratunku obiecał, że nauczy Chłopca latać. I nauczył, ale jako cień musiał pozostać na ziemi. Malec ciesząc się wolnością ptaków i szumem wiatru do końca zapomniał o Cieniu, który początkowo zdawał się tego nie rozumieć. Przecież dał mu to, czego pragnął. Gdy dla Dziecka najważniejszym stało się pochwalenie nową umiejętnością przed znajomymi przyjaciel starał się wytłumaczyć mu, że nie jest to coś, czym można się chwalić, że ludzie nie są na to gotowi. Głuchy na jego błagania Chłopiec do reszty wyparł się przyjaźni z Cieniem i chcąc popisać się przed kolegami skoczył w powietrze.

Cień w pełnym wściekłości i bólu odruchu odszedł. Zostawił Chłopca samego i biegł daleko, byle dalej od ciernia, jakim było dla niego wspomnienie o przyjacielu, którego kochał nad życie. Zatrzymał się dopiero tysiące mil dalej na drodze pośrodku pustyni nieopodal stacji benzynowej. Nie był zmęczony, bo cienie się nie meczą. Był wreszcie wolny. Czuł to spoglądając na znak informujący o pięciuset milach bezludzia. Mógł iść gdzie chciał, mógł robić, co chciał. Gdy się skupił czuł nawet asfalt pod stopami. Mimo to płakał jednak za przyjacielem, który o nim zapomniał. Nie wiedział jak długo siedział tak na skraju drogi. Myślał, wspominał, płakał. W tym czasie minęły go dwa samochody. W pewnym momencie wstał i poszedł drogą prosto przed siebie. Wiedział gdzie musi wrócić.

Kilka dni później wsunął się bezszelestnie do Londyńskiego domu, z którym łączyło go tyle wspomnień. Było bardzo cicho. W pokoju Chłopca nikogo nie było. Gdy zajrzał do sypialni Mamy, do miejsca, w którym obaj tak bardzo lubili przebywać zastał ją leżąca na łóżku. Śpi, pomyślał w pierwszym odruchu. Dopiero po chwili spostrzegł leżące obok niej pudełko po lekach. Puste. W zimnej dłoni tkwił skrawek papieru. Strona z gazety ze zdjęciem chłopca w zielonym kubraczku. Dziecka leżącego na szarym, brudnym chodniku. Napis nad fotografią głosił:

„Death of Peter P. Why did he jump?”

Tags: , ,

O Powstaniu W-szawskim słów kilka

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Polityka on sierpień 2nd, 2009 by Duncan

Przez cały miniony weekend trwały w Warszawie huczne obchody 65 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Kiedy Prezydent miasta Stalowa Wola zapowiedział, że nie będzie włączał o godzinie 17 syren ponieważ nie będzie czcił przegranego powstania w telewizji TVN pojawiła się cała masa przeprosin od mieszkańców tegoż miasta.
Tak, więc po raz kolejny zaskoczyła mnie głupota Polaków.
Powstanie Warszawskie nie zrealizowało żadnego ze swych celów. Ceną za głupi zryw tysięcy naiwnych młodych ludzi, którzy myśleli, że mogą być żołnierzami było życie tysięcy mieszkańców stolicy oraz niemal doszczętne zniszczenie miasta.
Niemniej od jakiegoś czasu, co roku z wielką pompą świętuję się masowy mord, jaki de-facto Warszawiacy zorganizowali Warszawiakom. I nie mówię tu, że powstać nie trzeba było. Więcej, powstać należało. Tyle, że nie z przysłowiową szabelką na czołgi, ale z głową i rozwagą. Prawdę jednak jest taka, że teraz to sobie można pisać i spekulować a i tak niewiele z tego wyniknie. Co było jest faktem i choć wielu ludzi z miłościwie nam panującym Presitente na czele chciało by aby Powstanie było czymś więcej niż tylko kolejną klęską narodu to tak nie będzie. To była klęska - militarna, polityczna i moralna.
Fakt, świat zobaczył jak walczy Polak. Świat zobaczył, że Polak walczy dzielnie, ale bezmyślnie i głupio marnując siły i wykrwawiając się zanim do czegoś się przyda. Gorzej, że teraz zamiast uczcić tych ludzi faktycznie minutą ciszy rozpamiętuje się Powstanie i doszukuje w nim czegoś, czym nie było starając się na silę przekuć je w zwycięstwo. Boli to tym bardziej, że jedyny zryw, który zakończył się sukcesem jest zapomniany. Dopiero rok temu zaczęło się w Polsce mówić więcej o Powstaniu Wielkopolskim, choć nadal to, które było klęską jest od niego ważniejsze.
Solidaryzuje się, zatem z Prezydentem Stalowej Woli. Nie uważam za stosowne rozpamiętywać błędu i porażki, jakim było Powstanie Warszawskie. Nie twierdzę, że należy o nim zapomnieć. Przeciwnie należy je traktować jak błąd, z którego powinno się wyciągać wnioski.
Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że niczego nie zmienię. Jesteśmy już takim dziwnym narodem, który wierzy, że jest coś takiego jak honorowe zwycięstwo:

- Walczyli my z honorem panie sierżancie, szkoda tylko, że wszyscy gryziemy teraz glebę, a nasze baby gwałcą wściekli żołnierze wroga.
- Może trzeba było jednak poczekać na pomoc?
- Ruskich? Już prędzej sam sobie w łeb strzelę!
- Nie, Aliantów
- A po cholerę mają mi jakieś jankesy zwycięstwo odbierać Panie Sierżancie!!
- No właśnie. Po co.

Tak, więc honor Polaka został uratowany. Niestety Polak przy tym zmarł, ale tak to już jest na tym świecie. Ktoś musi umierać, aby ktoś mógł żyć. Nie minęło, zatem 70 lat jak Polski Prezydent przyjeżdża uczcić honorowe zwycięstwo Polaków niemieckim autem.
Kto zatem wygrał tą cholerną wojnę??
No honorowo to na pewno my! Uczcijmy to!

Tak na koniec to zgodzę się z pomysłem mojej Kochanej, która to zaproponowała, aby zrobić ogólny dzień klęsk narodowych. Można by wtedy za jednym zamachem uczcić wszystkie nieudane powstanie, Katyń, zdradę na Jałcie, 50 lat tak zwanej komuny, górników i stoczniowców, wybór Kaczyńskiego na prezydenta i jeszcze wiele innych.

Ps. Poniżej zdjęcie “Landrynków Warszawskich”. Nowego szlagieru firmy Słodkie Upominki.

Landrynki Warszawskie!!! Ummm! Pycha ;)

Tags: , , , , ,

„Szklane wieże”

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Tak zwane wiersze on lipiec 7th, 2009 by Duncan

Zamknięci szczelnie w domkach z naszych snów zbudowanych
Wielbimy próżnych bogów, co losem naszym grają
W niedorzeczności codziennego życia głęboko zaplątani
Gubimy sens radości i cel
Goniąc za ofiarą dla tych, co z góry spoglądają
Wyzbywając się godności biegniemy w wyścigu
Przed oczyma wciąż mając miraż - nagrodę na mecie
By nie pamiętać o tym, kim byliśmy rzucamy się w wir pracy
Owocami, której kupimy łaskę bogów
Kolejne złudzenie
Otoczeni kokonem cynizmu barykadujemy się w naszych snach
Szukając schronienia przed wiatrem zmian wiejącym z szczytów szklanych wież
Naginającym nas na swą modłę, łamiącym i powoli zadającym nam śmierć
Nim dobiegniemy do mety, nim zakrwawionym szlakiem wejdziemy na szczyt
Wierząc, że tego właśnie chcieliśmy
Uciekamy od siebie samych, których zostawiliśmy za drzwiami dzieciństwa
Giniemy spadając ze schodów, kiedyś takich wielkich.
Przed drzwiami cicho płacze porzucone dziecko
Samotne, zagubione wydarte z czyjejś duszy, aby nie przeszkadzać
Przecież być wiecznie dzieckiem - to nie wypada
Przyciśnięci ciężkim wiekiem naszych trumien, które sobie sami zbiliśmy
Leżymy samotnie śpiewając pogrzebowe pieśni
O tym, jakie było nasze życie.
Pieśni są bardzo krótkie, i bardzo smutne
Bardzo ciche
Szklane wieże wciąż lśnią poznaczone krwawymi szlakami
Niczym kryształowe sztylety wbite w błękit nieba
Choć nas już nie ma to wyścig wciąż trwa
Myślicie, że zrobi dla was wyjątek?
…nie łudźcie się!

Tego, co korporacja robi z człowiekiem nie zrozumie chyba nikt, kto w niej nie pracował. Tak, więc wszyscy Ci, którzy przyglądają się krawaciarzom pełnym litości wzrokiem nie wiedzą za bardzo, co widza. Maja przed oczyma obraz, który sami sobie stworzyli, lecz jest to obraz daleki od rzeczywistości.
Prawda jest, bowiem dużo bardziej wredna, niegodziwa i paskudna niż im się wydaje…

Właśnie skończyłem czytać „Córkę Łupieżcy” Jacka Dukaja. Trudno mi o niej pisać obiektywnie. Przeczytałem ją dopiero raz. To mało jak na książki tego autora. W chwili obecnej wżera mi się ona dopiero w głowę, przepływa przeze mnie i skłania do wielu dziwnych i chwilami niepokojących przemyśleń. Także w aspekcie tego, do czego ja sam zmierzam. Wciąż kłócą się we mnie dwie postawy. Ciągły dysonans pomiędzy tym, co chce robić, a tym, co powinienem robić. W momencie, gdy dotarło do mnie, że mój problem nie jest jeden jedyny i wyjątkowy stało się coś ciekawego. Przez chwile poczułem się jak człowiek, który spacerując swobodnie tysiąc metrów nad ziemią nagle zrozumiał, że nie potrafi latać. Wykonałem wtedy kilka gwałtownych ruchów niczym kojot z kreskówki i zacząłem spadać. Przez chwilę syciłem się tym spadaniem i bardzo chciałem uwierzyć, że nic więcej nie mogę zrobić, a potem poleciałem.
Spojrzałem wtedy na otaczających mnie ludzi. Wszystkich. Ci, którzy mieli cele i potrafili do nich dążyć nie raz robili to, czego nie lubili, co nie sprawiało im przyjemności i nie sprawiało, że byli z siebie dumnie. Jednak świadomość tego, że robią coś by osiągnąć to, czego pragną, a nie siedzą i narzekają jak wokół źle i niedobrze sprawiała, że mogli znieść wszystko.

Zawsze jest wybór. Moim wyborem jest obecnie pracować w miejscu, które zapewni mojej powiększającej się rodzinie spokojny byt. Jak wiele jestem w stanie za to zapłacić? Nie wiem. Na pewno wiele. Gdy na szali ważą się losy osób tak bliskich zmienia się punkt widzenia. Pozostaje wiara w to, że cokolwiek zrobię będzie to coś słusznego. Wiara, że w środku pozostaną sobą…dziękuję Panu za pomoc Panie Dukaj.

…choć są trzy (i pół) osoby, które bardziej od niego zasługują na podziękowania. Jedną z nich jest moje Kochanie. Dwie pozostałe wiedzą, że to o nich…choć jedna może w to nie do końca wierzyć ;P

Tags: , , , ,

“Iwonka & Duncan: Year One”

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Tak zwane wiersze on maj 28th, 2009 by Duncan

Mogę mówić, pisać…wolałbym nie śpiewać ale też mogę. I co z tego skoro nic nie odda tego co mnie w ciągu minionego roku spotkało. Postarałem się jednak to ubrać w słowa. To nie wiersz to po prostu…

„Wyznanie”

Zakochałem się
W kobiecie pomiędzy wierszami
Z uśmiechem siedzącej na huśtawce
Rozpiętej miedzy światami

Zakochałem się
W dziewczynie z blasku księżyca utkanej
O niewinnym uśmiechu
I oczach, w których ktoś zamknął gwiazdy

Zakochałem się
W namiętnej pasji tego, co między nami
Wsłuchany w jęk Jej rozkoszny
Pod palcami czując wyprężone ciało

Zakochałem się
W dziewczynce, którą zawsze będzie
Dojrzałej kobiecie, którą jest, na co dzień
I w matce, którą się niedługo stanie

Zakochałem się
W mojej najlepszej przyjaciółce
Pomiędzy moim i ludzi światem stojącej
Na straży mnie i siebie zarazem

Zakochałem się
W osobie na pozór tylko zwykłej
Z ukrytym w głębi siebie ogniem
I radosnym szaleństwem

Zakochałem się
W tym jak się śmieje, jak śpi, jak kocha
W Jej pasji życia
Którą dopiero po czasie dostrzegłem

Zakochałem się
W tym, co możemy razem osiągnąć
Co stworzyć i co wypracować
Trzymając się razem za ręce

Kocham
Sen, który wyszedł z mej głowy
Marzenie, które oblekło się w ciało
I powiedziało tak…kiedy Ją spytałem…

Ukochanej Żonie i Przyjaciółce
w Pierwszą rocznicę ślubu.
Krzysztof „Duncan” Słomkowski
Mąż

Tags: , , , , ,

Amputujmy Historie

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Polityka on maj 13th, 2009 by Duncan

Dochodzę ostatnio do wniosku, że w zasadzie powinienem przestać oglądać programy informacyjne. Skoki ciśnienia, które temu towarzyszą (oglądaniu programów…nie dochodzeniu do wniosków) doprowadzą mnie w końcu na cmentarz - ciekawe czy Moje Kochanie będzie mogło wtedy pozwać państwo. Ostatnio do szału doprowadziły mnie dwie grupy zawodowe - górnicy i stoczniowcy.
Znam ludzi z wyższym wykształceniem którzy tyrają w marketach bo pracy nie mogą znaleźć. Poznałem kiedyś człowieka z doktoratem, który nalewał paliwo na stacji benzynowej. Znam muzyków z jednego z najlepszych polskich zespołów folkowych, którzy muszą traktować muzykę jako „drugi zawód” bo nie są się w stanie utrzymać z grania. W tym świetle zadaje sobie pytanie: dlaczego ci wszyscy harujący na swoje utrzymanie ludzie mają dofinansowywać upadający i nierentowny relikt PRLu?? Bo tak naprawdę cała rządowa i ewentualna unijna pomoc jest opłacana z naszych podatków. Ja osobiście nie mam zamiaru pracować na to by dawać źródło utrzymania ludziom, którzy potrafią nasz kraj tak skutecznie ośmieszać jak to ostatnio zrobili tak zwani „działacze” Sierpnia 80′. To właśnie przez działania takich ludzi i takich organizacji w Polski przemysł nie chcą inwestować zagraniczne koncerny. Polskie związki zawodowe, które przypisują sobie tak zwane wywalczenie dla polski wolności tak naprawdę stały się ostatnim bastionem PRLu.
Zaraz obok stoczniowców stoją górnicy, którzy wciąż domagają się podwyżek, a zarabiają dużo lepiej niż większość młodych ludzi po studiach. Owszem jeśli podzieli się ich pensję przez liczbę dzieci - zwykle więcej niż dwoje - i doda do tego niepracującą małżonkę to faktycznie wychodzi niewiele. Dalej sytuacja jest niemal identyczna jak w wypadku stoczni. Pytanie jest również podobne: dlaczego społeczeństwo ma dopłacać do nierentownych kopalń. No dobra tutaj mamy do czynienia z bezpieczeństwem energetycznym kraju…no i dzięki temu górnicy mogą skuteczniej szantażować państwo. Jednak jest nieco dziwne gdy dwa ośrodki walki z socjalizmem domagają się teraz jeszcze większych osłon socjalnych gdyż wstyd im przyznać ale tęsknią do tego co mieli przed rokiem 89′.
W tym momencie na scenę wkracza moje ulubione ugrupowanie polityczne, Prawa i Sprawiedliwa obecnie opozycja ciągle straszy nas duchami PRLu, wyciąga teczki i walczy z komuną. PiS aktywnie wspiera działania obydwóch grup zawodowych i muszę przyznać całkiem sprawnie wykuło z nich ostrze wymierzone w obecny rząd. Partia braci Kaczyńskich mieni się wybawcami wolnej Polski, Młotem na Komunę i Liberałów, jednak jeśli spojrzymy na ich program to widzimy narodowy socjalizm. Duża ingerencja państwa w sprawy gospodarki, ograniczenie działań innych opcji politycznych, walka z wszelkimi mniejszościami idealizowanie własnej nacji, odwoływanie się do chlubnej przeszłości oraz wodzowski model rządów. Czy to nie przypomina czegoś? Podobnych elementów można się dopatrzyć w faszystowskich Niemczech, Korei Północnej, Chinach z czasów Mao czy na Kubie Fidela Castro o ZSRR nie wspominając.
Niemniej jakimś cudem partię tę wciąż popiera 25% wyborców!?!
No i tutaj dochodzimy do setna sprawy. Bo jak dla mnie podstawowym problemem jest tutaj ostatnie 50 lat polskiej historii. Nie uważam aby PRL był systemem strasznie złym. Był po prostu ustrojem, który się nie sprawdził. Miał swoje wady i zalety. W demokratycznym państwie każdy może komentować przeszłość jak chce. Mimo to nieco dziwne jest iż opinie o strasznych zbrodniach komunizmu najgłośniej wygłaszają dwaj ludzie, którzy odebrali PRLowskie wykształcenie, nigdy nie byli internowani, a w czasach „strasznej komuny” mieli nawet swoje „5 min” na srebrnym ekranie. Należy zauważyć, że wszystko to było możliwe pomimo akowskiej przeszłości ich ojca. Nie wiem jak wam, ale mnie coś tu nie pasuje. Niemniej dowodów na jakiekolwiek ich powiązanie z byłym ustrojem jest tyle co na SBcką przeszłość prezydenta Wałęsy więc dalsze rozważanie tego tematu zostawię pracownikom IPNu.
Wracając jednak do tematu amputacji historii chciałbym zauważyć, że Polacy jako naród zawsze mieli ciągoty mesjanistyczne. Tak więc naszym zdaniem bez Polski Niemcy nie zostały by pokonane a komunizm obalony. Nie twierdzę, że się do tych dwóch wydarzeń nie przyczyniliśmy. Uważam tylko, że obecnie zamiast wykorzystać nasz udział w Historii gryziemy się między sobą i roztrząsamy mało ważne sprawy takie jak SBcka przeszłość drugiego po Janie Pawle II najbardziej rozpoznawanego Polaka na świecie. Plątamy się w pyskówki z niemieckimi brukowcami zamiast pokazywać światu, jak bardzo przyczyniliśmy się do wygrania II Wojny Światowej. Kręcimy filmy, które pokazują ludzi bez skazy. Takich w których nikt nie wierzy i od których aż mdło się robi zapominając, że tym co stanowiło o ich sile było właśnie ich człowieczeństwo. Ich wady i słabości, które potrafili przezwyciężać. Wszystko to sprawia, że dochodzę do wniosku iż faktycznie lepiej będzie chyba ostatnie 50 lat polskiej historii odciąć i zakopać gdzieś głęboko zamiast ją rozdrapywać, gwałcić i poniewierać. Bo mimo wszystko jakakolwiek by ona nie była jest to Nasza Historia i należy jej się szacunek.
Chociaż szacunek to akurat to czego z polskich włodarzy chyba nie da się wykrzesać.
Nie twierdze przy tym, że należy ową przeszłość idealizować. Trzeba ja wykorzystać. Mam nadzieje, że w końcu się nauczymy pokazywać światu coś więcej niż bandę skłóconych „Polaczków” przekrzykujących się kto większy zdrajca i tłukących teczkami po głowach. Nie jestem patriotą ale mierzi mnie cała masa absurdów, które widzę wokół. Irytuję mnie głupota polskich polityków, którzy jakby nie zdają sobie sprawy z tego, że to co wychodzi im najlepiej to rzucanie Polsce kłód pod nogi. I nie, to nie jest Patriotyzm. Tak zwane bronienie polskich interesów w sposób taki jak robią to związki zawodowe czy działacze opozycji to nie tylko wstyd dla obywateli ale także przeszkoda dla przedsiębiorców. Tak więc miło by było wyrzucić do śmieci tę całą stertę nic nie wartych górnolotnych haseł, wziąć się do roboty i sprawić, że Polska naprawdę byłaby krajem którego obywatele nie muszą wstydzić się swojego pochodzenia…
…i znów było patetycznie. Heh wiem, że nic nie zmienię, ale i tak musiałem to napisać :)

Tags: , , ,