Recenzja: “Karczma Niedokończonych Opowieści”

Posted in Rozdroża on czerwiec 22nd, 2010 by Duncan

Wreszcie po wielu tygodniach oczekiwań zakupiłem drugi krążek Harfiarki Barbary Karlik zatytułowany Karczma Niedokończonych Opowieści. Sam zakup poprzedziło wysłuchanie koncertu promującego  publikację. Jak zwykle było magicznie. Wprawdzie tym razem Harfiarka ograniczyła się jedynie do utworów które znalazły się na płycie oraz dwóch bonusów które z pewnych przyczyn nie mogły się na niej znaleźć jednak w żadnym stopniu nie umniejszyło to jakości koncertu.
Wracając do płyty, to muszę przyznać, że utwory, które się na niej znalazły doskonale ukazują jak wszechstronnym i ciekawym instrumentem jest Celtycka Harfa Cláirseach. Każdy z nich jest jak sugeruje tytuł osobną opowieścią i pokazuje nam tak instrument jak i talent Basi od innej strony.
Pierwszy utwór jest w zasadzie niesamowicie klimatycznym prologiem. Kolejne ballady niespiesznie i nieco nostalgicznie prowadzą nas przez irlandzką opowieść o miłości, rozmowę z morzem czy kołysankę wyjętą z Arturiańskich Mitów. Pieśni te zachwycają spokojem i skłaniają do przemyśleń jakby zatrzymywały czas. Na szczególną uwagę zasługuje w tym gronie „Modlitwa Morza”, która zaskakuje głębią ukrytą w pozornie prostym tekście dowodząc wielkiej wrażliwości i mądrości autorki.
Z tej jakże miłej zadumy wyrywa nas lekka i wesoła ballada o tym jak to dobrze być hobbitem, która u każdych małżonków wywoła uśmiech, a narzeczonych może skłoni do pewnych odkrywczych przemyśleń. Biorąc pod uwagę poprzednie utwory „Jak dobrze być Hobbitem” zaskakuje żywą melodią i czarującym zawadiackim wykonaniem. W podobnym klimacie utrzymana jest „Piękna i Młoda” czarująca swoją dwuznacznością i lekkością, szybko wpada w ucho - złapałem się na mruczeniu jej melodii przy różnych okazjach - przekonując, że kobietom Pięknym nie należy ufać. Poprzedzająca ją „Kołysanka Boga Lira” podobnie jak wcześniejsza kołysanka z repertuaru Gwen Knighton mają w sobie coś takiego, że chce się je puszczać małym dzieciom wiedząc, że sprowadzą one dobry sen.
Na osobny akapit zasługuje „Uwodzenie”, które choć spokojne to aż kipi pasją i emocjami. Ten utwór naprawdę uwodzi, sprowadzając myśli pełne żaru i pożądania. Niewiele zdążyło mi się słyszeć ballad tak sugestywnie przekazujących i oddziałujących na emocje. Zupełnie jakby ktoś skondensował ognisty romans - spotkanie, poznanie, zbliżenie i ekstazę - w minucie i trzydziestu jeden sekundach muzycznej orgii. Coś absolutnie doskonałego.
Na płytę dostało się trzynaście utworów. Każdy z nich jest inny, każdy jest osobną opowieścią, która skłania do przemyśleń, uczy lub bawi. Powyżej opisałem te które wywarły na mnie największe wrażenie jednak każdy z nich zasługuje na uwagę.
Po mimo całej masy zachwytów płyta ma jednak pewne wady. Basia jako osoba która kształciła się w śpiewie operowym ma tendencje do „zoperowiania” niektórych utworów lub ich fragmentów, co w moim odczuciu nie zawsze pasuje do charakteru instrumentu. Szczęśliwie jest tego zdecydowanie mniej niż na poprzedniej płycie, co w połączeniu z różnorodnością utworów oraz dużo przyjemniejszym odbiorem ogólnym płyty pokazuje, że Harfiarka rozwija się w tempie ekspresowym.
Ponadto mam nadzieję, że zgodnie z zapowiedziami autorki na kolejnych płytach znajdą się aranżacje z instrumentami towarzyszącymi gdyż kilka utworów aż się prosi o smyczki czy gitarę.
Podsumowując „Karczma Niedokończonych Opowieści” to - mimo drobiazgów, które pozostają kwestią gustu - czterdzieści pięć minut doskonalej muzycznej uczty która zadowoli tak osoby zaznajomione z twórczości Basi jak i te które dopiero poznają Harfiarkę.

Tags: , , , , ,

Marvels - Recenzja

Posted in Rozdroża on marzec 28th, 2010 by Duncan

Do czytania tego komiksu zabierałem się z obawą. Bałem się, że wszystko, co słyszałem na jego temat sprawi, że będę miał wygórowane wymagania i w efekcie się rozczaruje. Pierwsze pobieżne przekartkowanie wywołało pozytywne odczucia. Ładna fotorealistyczna kreska, elegancki kredowy papier, a wszystko to zamknięte w twardej niemal pancernej oprawie. Wiedząc jak nierozważne jest ocenianie książki po okładce i komiksu po kresce zabrałem się za czytanie.
Opisana przez autorów historia zabiera nas w wyprawę po dziejach uniwersum Marvela. Obserwujemy wydarzenia od momentu pojawienia się pierwszego Human Torcha do pojedynku Spider Mana z Grean Goblinem i śmierci Gwen Stracy. W międzyczasie jesteśmy świadkami pojawienia się Namora w Nowym Yorku, walki Kapitana Ameryki z Niemcami, powstania i działalności Avengers czy ujawnienia się mutantów i powstania X-men.
Najważniejsze jest jednak, że w historii tej uczestniczymy obserwując poczynania zwykłego człowieka, pozbawionego jakichkolwiek nadludzkich mocy i niebędącego superbohaterem. Bill Sheldon jest zwykłym fotoreporterem, który patrzy na świat zmieniający się na jego oczach. Świat, w którym dotychczas będąc Amerykaninem było się obywatelem najpotężniejszego kraju świata bezpiecznym w swoim idealnym państwie. Pojawienie się nadludzi wszystko zmieniło. Najpierw była ignorancja i próby logicznego wytłumaczenia. Potem strach i wściekłość. Gdy okazało się jednak, że Cudowni potrafią coś więcej niż tylko niszczyć pojawiła się sympatia, a zaraz po niej uwielbienie. Niestety zwykle nie trwały one długo.
Autorzy bardzo umiejętnie prowadzą nas przez historię uniwersum i dokonują głębokiej i spójnej analizy reakcji społeczeństwa na novum jakim są nadludzie. Pokazują w sposób ciekawy i zajmujący jak ludzie reagują na inność i nadludzkie moce. Bohaterowie są na oczach Bila to gloryfikowani to opluwani. Gdy są potrzebni ludzie ich kochają, gdy bohaterowie cierpią, gdy umierają nikt ich nie wspiera.
Spoglądając choćby na historię Europy można bez trudu zauważyć, że społeczeństwo obawia się tego, czego nie rozumie i nie jest w stanie kontrolować. Tutaj moce superhohaterów stały się katalizatorem pokazującym, że dopóki nadludzie robią to, czego się od nich oczekuje to wszystko jest w porządku. Jak tylko pozwalają sobie na odstępstwa i wyjście poza wyznaczone im ramy są piętnowani, a ich zasługi umniejszane. Pewnego rodzaju podsumowaniem wątku dotyczącego tolerancji wobec nadludzi jest wypowiedź głównego bohatera, który wychodząc z domu w trakcie drugiej „wizyty” Galactusa odpowiada sąsiadowi, że zapewne Fantastic 4 lub Avengers znowu ich uratują, a w nagrodę zostaną po raz kolejny przez społeczeństwo solidnie kopnięci w dupę. Scena ta bardzo dobitnie ukazuje, że ludzkość akceptuje nadludzi tylko wówczas, gdy ma nad nimi, choć pozorną kontrolę. Nawet wówczas tej akceptacji towarzyszy jednak strach.
Punktem kulminacyjnym obaw związanych z nadludźmi jest pojawienie się Mutantów. O ile suerbohaterowie są przez społeczeństwo względnie akceptowani to mutanci są chorobą. Przedstawiani przez prasę i media, jako kolejny stopień w ewolucji wywołują strach „zwykłych” ludzi. Sprawia to, że obywatele chętnie wierzą w głoszone przez fanatyków pokroju Bolivara Traska teorie o przyszłości, w której ludzkość jest zniewolona przez Homo Superior. Strach przed nieznanym jest tak wielki, że nawet zafascynowany superbohaterami Bill nie wie, co ma myśleć o mutantach.
Przez całą opowieść towarzyszą nam przemyślenia głównego bohatera. Jego wątpliwości, wewnętrzne monologi, które są jednocześnie próbą uporządkowania tego wszystkiego, co się wokół dzieje jak i zrozumienia zachowań ludzi wobec superbohaterów. Przy okazji jesteśmy też świadkami zmian, jakie zachodzą w samym Sheldonie. Niesamowite jest to jak postać ta rozwija się i przez całą opowieść. Nadaje to komiksowi głębi. Dzięki temu jeszcze bardziej jesteśmy świadomi tego jak bardzo „Cudowni” oddziaływają na otaczający ich świat.
Bardzo podobało mi się, że po mimo bardzo poważnej tematyki publikacja ta jest pełna akcji i błyskotliwego cynicznego humoru. Przez życie Bila przewinęły się, bowiem takie postacie jak J.J. Jemyson, Peter Parker, Bucky, Nick Fury czy Dany Ketch (cudowny motyw) co sprawia, że uważny czytelnik odnajdzie masę smaczków dotyczących znanych postać z uniwersum. Co ciekawe kilku zabawnych sytuacji autorzy nie mogli być świadomi, bo gdy komiks powstawał nie wiedzieli jak rozwinięte zostaną pewne watki w uniwersum - jak choćby to, kto będzie Kapitanem Ameryką po śmierci Rogersa.
Na osobny akapit zasługują dołączone na końcu publikacji artykuły prasowe. Jeśli w jakimś momencie na stronach komiksu pojawiają się ujęcia gazet z artykułami dotyczącymi superbohaterów to możecie być pewni, że znajdziecie je w czytelnej formie na końcu tomu. Autorzy włożyli bardzo dużo pracy w oddanie ich klimatu i moim zdaniem wyszło im doskonale. Choć nie jestem specjalistą od codziennej prasy amerykańskiej to musze przyznać, że czytając artykuły faktycznie miałem odczucie obcowania z czymś z epoki.
Jak wspomniałem na samym początku komiks charakteryzuje się piękną fotorealistyczna kreską, a wydawca - Mucha Komiks - jak zwykle postarał się o doskonały papier i bardzo wysokiej jakości wydanie dzięki czemu możemy mieć pewność, że publikacja nie rozpadnie się nawet przy częstym czytaniu.
Gdy po kilku godzinach skończyłem czytać stwierdziłem, że nigdy dotąd nie miałem do czynienia z tak dobrym i ambitnym komiksem ze stajni Marvela. Jestem wielkim fanem tego uniwersum jednak zwykle nie spodziewałem się po nim jakiejś większej głębi a tylko przyjemnej rozrywki. Marvels są doskonałym przykładem, że można napisać komiks, którego lektura jest jednocześnie doskonałą zabawą jak i skłaniającym do przemyśleń i refleksji dziełem nieustępującym pola żadnemu innemu medium.
Za jedyna wadę komiksu można uznać jego cenę. Jeśli jednak lubicie ambitne pozycje to gwarantuje, że każdy z tych 99zł okaże się wydatkiem, którego nie będziecie żałować.

Tags: , , ,

O dziewczynce, która śniła się innym dzieciom…

Posted in Rozdroża on styczeń 6th, 2010 by Duncan

Spotkanie 1.
Mam już zaczynać. Nie? Dobrze poczekam. O, będzie Pan nagrywał. No tak standardowa procedura. Oczywiście. Już mogę? Na pewno chce pan wszystko od początku? Jak Pan uważa. Proszę, zatem słuchać uważnie:
Wszystko zaczęło się, kiedy miałem siedem lat. Był wrzesień, początek szkoły. Czas, w którym dopiero poznawaliśmy inne dzieci z klasy. Wszystko było takie czyste, spontaniczne i swobodne. Nie czuło się presji, pod jaka działają dorośli. Liczyło się tylko to, aby się dobrze bawić. Owszem, był stres i nerwy związane z pierwszymi dniami w szkole, ale było to jakieś takie naturalne. Nie przeszkadzało, przynajmniej za bardzo. Może teraz z perspektywy czasu idealizuje ten okres, ale wydaje mi się, że właśnie tak było. Idealnie. Nie to złe słowo. Raczej idyllicznie.
Doskonale pamiętam dzień, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. Dołączyła do naszej klasy później, ponieważ jej rodzice przeprowadzili się z innego miasta. Miała długie ciemne loki, jasne błyszczące oczy, śliczną twarz i uśmiech, który sprawiał, że chłopakom robiło się gorąco. Jak szła to cały świat zdawał się patrzeć tylko na nią. Chyba już wtedy się zakochałem. Tak od pierwszego wejrzenia. Zalało mnie uczucie, którego nigdy dotąd nie znałem, które sprawiało, że jej uśmiech towarzyszył każdemu słowu i każdej mojej myśli. Miała na imię Laura.
Kiedy myślę o tych dniach z obecnej perspektywy widzę biel. Dlaczego? Ponieważ kolor ten kojarzy mi się z czystością, nieskalaniem. Nawet teraz, gdy wszystko wokół jest w tym kolorze. Nie to nie było ironiczne. Po prostu wszystko wróciło z powrotem do tego jak było dawniej. Bo ona sprawiła, że biel zabarwiła się czerwienią. Kolor miłości, ale tez kolor krwi. Laura sprawiła, że serca wielu z moich kolegów biły szybciej. Koleżanek też, ale to było dużo później. Potrafiła jednak też sprawić, że serca te zamierały. W przenośni. Chociaż także i w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Często o niej śniłem. Byłem zbyt nieśmiały, aby podejść do niej i porozmawiać, zatem zostawały mi tylko sny. W niektórych byłem potężnym wojownikiem z komiksów, które kupował mi tata. Ratowałem ją wówczas z ciemnych lochów czy wysokich wież pokonując przy tym masę przeciwników. W innych byliśmy parą niczym z tandetnych plakatów mojej siostry. Spacerowaliśmy razem po plaży i objęci patrzyliśmy sobie w oczy a za nami zachodziło słońce.
Po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie jestem jedyny. Chłopaki nie chwalili się tym otwarcie, ale czasem wymykało im się, że też o niej śnią. Na początku nie rozumiałem dlaczego wzmiankom o tych snach niemal zawsze towarzyszyło zakłopotanie. Wydaje mi się, że moje niezrozumienie brało się z tego, że ją kochałem. Dopiero później zacząłem jej pragnąć i wtedy zrozumiałem skąd to ich skrępowanie. Choć po prawdzie to się dziwię. W końcu nie było w tym nic wstydliwego. Wtedy o tym nie myślałem. Teraz jednak widzę, że były to pierwsze oznaki społecznych pęt, które coraz ciaśniej nas krępowały.
Laura oddziaływała silnie na wszystko wokół. Choć byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi to wokół niej i tak zawsze kręciło się sporo starszych chłopaków. Muszę przyznać, że choć Laura pozwalała się adorować to zawsze trzymała bezpieczny dystans. Sprawiała przy tym pełne klasy wrażenie, że w stu procentach kontroluje sytuacje. Faktycznie tak było. Podobnie było z nauczycielami. Dzięki świetnym stopniom i wzorowemu zachowaniu szybko stała się ich ulubienicą. Stawiano ją za wzór do naśladowania. Świat jest jednak taki, że tego rodzaju osoby zawsze mają wrogów. Nie mam tu na myśli osób z przeciwnej strony skali. One tylko prześmiewały się bagatelizując kolejne sukcesy Laury. Prawdziwym oponentem były osoby, które pretendowały do pozycji lidera, a nie godziły się na życie w jej cieniu.
Bliźniaczki Ania i Basia skupiły wokół siebie grupę dzieciaków, które z jakiś powodów reagowały na Laurę skrajnie inaczej od jej adoratorów. Pomimo moich uczuć starałem się jednak trzymać poza obydwoma grupami. Za bliźniaczkami nie przepadałem, a dla otoczenia Laury byłbym jedynie obiektem żartów i kpin. Dlaczego? Bo byłem biedny. No może nie całkiem biedny, ale moi rodzice byli zwykłymi urzędnikami i nie mogłem sobie pozwolić na markowe ciuchy czy bajeranckie gadżety. Ot takie już jest życie. Nie, nie miałem o to do nikogo pretensji. Tylko irytowało mnie, że jestem dla nich kimś gorszym z tego tylko powodu, że moi rodzice maja mniej pieniędzy. Ja przynajmniej znałem ich wartość. Od kiedy tylko mogłem starałem się jakoś zarabiać. Roznosiłem gazety czy pomagałem w myjni wujka Arnolda. Nie interesowało mnie jednak kupowanie metkowanych ciuchów czy nowiutkich komórek. Miałem za to pokaźną bibliotekę. Co prawda nie mogłem tym szpanować przed…jakie to były książki? Takie, jakie czytają dzieciaki w podstawówkach. Wie pan? Przygodowe, fantastyczne trochę o piratach i kilka kryminałów. Nie, nie korzystałem z bibliotek. Miałem…mam coś w rodzaju mani posiadania. Wypożyczenie książki mnie nie zadowalało. Musiałem ją mieć.
W każdym bądź razie nie o tym miałem mówić. Na czym to ja skończyłem? Już pamiętam! Tak, więc pomiędzy tymi dwoma grupami wyraźnie iskrzyło. Jak już wspomniałem wcześniej ja stałem z boku. Dzięki temu mogłem w spokoju przyglądać się całemu konfliktowi. Początkowo byłem zaskoczony tym, że obóz Laury nie wykazuje jakiejkolwiek aktywności. To dzieciaki skupione wokół bliźniaczek przejmowały inicjatywę. Związane sznurowadła w szatni, pinezki na krzesłach, guma do żucia, która przypadkiem wpadła we włosy jednej z dziewczyn. Wszystkie te przykrości spadały na dzieciaki stojące za Laurą. Te zdarzenia nasiliły się w połowie drugiej klasy. Wtedy chyba do końca straciłem wiarę w niewinne dzieciństwo. Choć nie. Tak naprawdę straciłem ją pół roku później, gdy po raz pierwszy śniłem wspólnie z Laurą.
Zastanawiałem się, dlaczego Ani i Basi udało się oprzeć urokowi Laury. Ich siła tkwiła w tym, że były bliźniaczkami. Wszystkie bliźnięta są niezwykłe. W przeciwieństwie do większości ludzi bliźniaki oddziaływają na siebie nawzajem wzmacniając się i czyniąc silniejszymi. Podejrzewam, że Ania i Basia miały podobne możliwości do przykuwania ludzkiej uwagi jak Laura. Tyle tylko, że one nie były tego daru świadome. Laura była, a co więcej była również świadoma tego jak wielkim zagrożeniem są dla niej dziewczynki. Dlatego gdy nikt nie widział ona działała.
Pierwszy raz Laura zabrała mnie ze sobą, gdy odwiedziła Nikodema. Najlepszego kolegę dziewczynek. Niki śnił, że jest poszukiwaczem skarbów. Szedł po wąskich kamiennych kładkach rozpiętych nad bezdennymi przepaściami. Na końcu drogi znajdował się prastary ołtarz, na którym spoczywał olbrzymi czerwony kamień. Niki szedł bardzo ostrożnie strącając w ciemność kurz i kawałki skał, które trzeszcząc odpadały od skalnych pomostów. Gdy wreszcie dotarł do ołtarza stanął nad nim i ostrożnie wziął zdobycz do ręki. Nieoczekiwanie kamień zapulsował w jego dłoni zamieniając się w bijące ludzkie serce. Za jego plecami stanęła Laura, w jej piersi ziała dziura. Dziewczynka wyciągnęła dłonie po bijący organ i prosiła chłopca by oddał jej serce. Nikodem zawahał się chwilę a ona spytała, dlaczego taki jest. On wrzasnął na nią, że jest złą i podłą jędzą, która tylko udaje grzeczną a tak naprawdę chce kontrolować wszystkich wokół. Wtedy Laura uśmiechnęła się paskudnie pokazując garnitur ostrych niczym obsydianowe noże zębów. Jej oczy całe zrobiły się czarne, a na palcach wyrosły szpony. Tak uzbrojoną dłonią chwyciła przerażonego chłopaka za gardło i powiedziała, że ma się odpierdolić od dziewczynek, bo inaczej załatwi go tak, że rodzona matka go nie pozna. Powiedziała, że teraz jest Jej, a jeśli nie chce to będzie, co noc go zabijać aż wreszcie umrze naprawdę.
Gdy rano przyszedłem do szkoły zauważyłem, że Nikodem trzyma się z grupą chłopaków adorujących Laurę. Na początku uznałem to za zwykły zbieg okoliczności. Kilka dni później przyśniło mi się jak Laura pali włosy Dominice, która była jedna z najbliższych przyjaciółek Ani. Dziewczynka była sama w zaułku. Jej piękne jasne włosy płonęły żywym ogniem. Wybiegła na ulicę gdzie chodnikiem szli ludzie i błagała o pomoc w ugaszeniu pożaru, który nie wiedzieć, czemu wciąż płonął. Wszyscy ją ignorowali. W tłumie minęła ją Ania i Basia. Gdy uczepiła się jednej z nich została kopnięta w twarz i obrzucona wyzwiskami. Nieoczekiwanie podeszła do niej Laura i jednym gestem stłumiła ogień. Z głowy Dominiki płatami schodziła poparzona skóra. Laura powiedziała, że jeśli z nią pójdzie to odzyska swe włosy. Dominika spytała, co się stanie, jeśli nie pójdzie? Wtedy znikąd pojawiła się Basia i ponownie kopnęła ją w twarz a Laura ze stoickim spokojem powiedziała, że będzie cierpieć ten sen i to upokorzenie, co noc. Nigdy nie lubiłem Dominiki. Kilka dni wcześniej wyzwała mnie od żałosnych biedaków, więc po cichu miałem nadzieję, że odmówi. Niestety strach zrobił swoje. Snem się nie przejąłem, ponieważ zrzuciłem to na karb mojego negatywnego stosunku do dziewczyny. Nie zmieniło to faktu, że w krótkim czasie Dominika zupełnie odcięła się od bliźniaczek. Śniłem o każdej osobie, która do końca trzeciej klasy opuszczała szeregi towarzystwa dziewczynek. Nikt nigdy słowem nie zdradził czy to, co widziałem w snach faktycznie też im się przyśniło czy było tylko wytworem mojej wyobraźni. Pewność zyskałem dopiero kilka lat później.
Im mniej ludzi trzymało się z dziewczynkami tym bardziej agresywne i zajadłe były ich ataki. Gdy w połowie trzeciej klasy pozostała przy nich już tylko garstka dzieci Ania przewróciła Laurę i zaczęła ją bić. Gdyby nie moja interwencja pewnie zrobiłaby jej krzywdę a tak skończyło się tylko na krwi z nosa. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Laury. Zagościł na niej najbardziej drapieżny uśmiech, jaki w życiu widziałem. Uśmiech ten jednocześnie mnie przerażał i sprawiał, że chciałem ją chwycić w ramiona. Chciałem pomóc jej wstać, ale ubiegł mnie Jakub - klasowy super-sportowiec - jeszcze na mnie warknął, że przez moją ślamazarność Laura ma rozbity nos. Ona odpowiedziała, że on też nie zdążył i spojrzała na mnie wzrokiem, który sprawił, że nogi się pode mną ugięły po czym nazwała mnie swoim rycerzem. Niestety wywołało to efekt odwrotny do zamierzonego - a może właśnie taki jak chciała - gdyż towarzystwo wokół wybuchło śmiechem. Zlekceważona przez wszystkich Ania oddaliła się z płaczem. Niecałą godzinę później wylądowaliśmy wszyscy u dyrektorki. Pani Jakowlew, która była nauczycielką fizyki przepytała nas z wprawą oficera śledczego po czym kazała dziewczynkom zostać i poczekać na rodziców. Ania płakała cały czas powtarzając, że Laura je prześladuje. Wtedy dopiero uważniej się jej przyjrzałem. Była wraz z siostrą niezdrowo blada, miała podkrążone oczy. Obydwie był tez bardzo chude. Kilka dni później szkołę obiegła wieść, że obydwie dziewczynki mają anoreksję. Odchudzały się wierząc, że dzięki temu będą równie popularne jak Laura.
Dwa dni później obydwie dziewczynki przyśniły mi się żeglujące z ojcem po jeziorze. Nagle od strony brzegu zerwał się silny wiatr. Jakby na przekór temu otaczająca łódź woda wygładziła się niczym lustro. Niebo pokryły ciężkie ciemne chmury. Od strony brzegu szła ku nim Laura. Stąpała lekko po lustrzanej powierzchni jeziora a szalejący wokół wiatr rozwiewał jej włosy upodabniając ją do jakiejś dawno zapomnianej bogini gniewu. Jej twarz wykrzywiał brzydki - choć na swój sposób piękny - drapieżny uśmiech. Nieoczekiwanie z wody wynurzyły się nienaturalnie długie białe ręce. Niektóre z nich miały po trzy i więcej łokci. Ich skóra była nadgniła i odpadała od mięśni. Przerażone dziewczynki skuliły się przy ojcu, który bohatersko tłukł wokół wiosłem. Koszmarne ręce drapały o drewniany pokład gubiąc paznokcie i rozsiewając wokół odór śmierci. W pewnym momencie udało im się chwycić mężczyznę i pomimo, że córki trzymały go za nogi, wciągnąć pod powierzchnie wody. Gdy tafla jeziora zamknęły się nad nim wciąż walczył, jednak czarna toń pochłonęła go bez reszty. Gdy odszedł ręce zniknęły. Laura stała na dziobie żaglówki. Spojrzała na dziewczynki i oznajmiła im, że to koniec. Po chwili spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczyma i uśmiechnęła się delikatnie po czym podziękowała za pomoc. Mimo makabrycznego wydźwięku snu byłem przepełniony miłością.
Następnego dnia dowiedziałem się, że ich ojciec utonął poślizgnąwszy się w wannie. Tragiczne, nie uważa pan? Wtedy po raz pierwszy ze zgrozą i muszę przyznać jednoczesną fascynacją pomyślałem, że to, co śnię faktycznie jest prawdą. Ojciec bliźniaczek nie był sympatycznym człowiekiem. Był arogancki i gwałtowny. Wtedy te myśli pozwalały mi nie patrzeć na siebie jak na współwinnego tej śmierci. Jednak gdzieś w głębi tak właśnie się czułem. Jak morderca.
Oczywiście. Mogę tu przerwać. Jak rozumiem jutro będziemy kontynuować? Bardzo się cieszę. Harold pana odprowadzi. Do zobaczenia.

Spotkanie 2.
Witam znowu. Oczywiście. Niech Pan rozłoży swój sprzęt, a ja naleję wody. Też pan chce? Rozumiem. Już mogę mówić. Dobrze. Z tego, co pamiętam skończyliśmy na śmierci. Wypada więc kontynuować historie od tego momentu.
Dwa tygodnie po wypadku zaczęły się wakacje. Bliźniaczki bardzo przeżyły śmierć ojca. Z tego, co wiem kilka miesięcy spędziły w zakładzie zamkniętym i wciąż boją się otwartych zbiorników wodnych. W trakcie wakacji po raz pierwszy rozmawiałem z Laurą we śnie. Owszem wcześniej śniło mi się, że ją ratowałem czy, że spacerowaliśmy wspólnie, ale nigdy nie rozmawialiśmy. Powiedziała mi wtedy, że jestem niezwykły. Twierdziła, że podobnie jak ona potrafię wkradać się w sny innych ludzi. Pamiętając o wydarzeniach powiązanych z innymi moimi snami uznałem, że mówi prawdę. Bo w zasadzie, dlaczego nie. Czułem się wtedy taki ważny, taki wyjątkowy. No, bo przecież, jakie dziecko nie chce być superbohaterem. Każde chce. Prawda? W każdym bądź razie ja chciałem. I to bardzo. W dodatku ona przestała mnie ignorować. Rozumie pan? ONA. Moja wyśniona dziewczyna.
Przez wakacje śniłem wraz z nią tak, co dwa trzy dni. Spędzaliśmy wspólnie czas, chodziliśmy po lesie. Miałem wtedy dziesięć lat. Zastanawia mnie jedna rzecz. W tych snach zwierzęta bały się Laury, kwiaty więdły, gdy próbowała je zerwać. Teraz pamiętam to bardzo wyraźnie. Dlaczego wówczas nie zwróciłem na to uwagi? Nie wiem. Chyba za bardzo ją kochałem, aby przejmować się takimi błahostkami.
Za każdym razem sen kończył się w głowie innego dziecka. Niektóre z nich znałem innych nie. Pamiętam, że wnikanie w cudze sny nie przychodziło mi tak łatwo, gdy byłem z Laurą. Jakby rzeczywistość wokół gęstniała chcąc mnie zatrzymać. Może w takiej sytuacji każdy odruchowo się broni, może wyczuwa złe intencje. Tak teraz wiem, że jej zamiary były złe. Wtedy bardzo chciałem wierzyć, że to, co robi nie jest prawdziwe, że nikomu nie działa się krzywda.
Gdy rozpoczął się rok szkolny przeniesiono nas do nowo wybudowanej, nowocześniejszej i lepiej wyposażonej szkoły. Z tego też powodu utworzono nowe klasy. Byłem spokojny, Laura kilka tygodni wcześniej powiedziała mi, że będziemy w jednej klasie. Gdy w pierwszy dzień wszedłem do nowej szkoły widziałem tych, w których snach gościłem. Poznali mnie. Cieszyli się na mój widok. Mówili, że są moimi przyjaciółmi. Tak jak obiecali Laurze. Jednak, gdy nie widzieli, gdy myśleli, że nie patrzę, dostrzegałem w ich oczach strach, przerażenie i odrazę. Myśleli, że nie zauważam, że udają. Myśleli, że nawet, jeśli to widzę to mi to nie przeszkadza. Tak jak nie przeszkadzało Laurze.
Ja też udawałem. Grałem swoją rolę chłopaka Laury, mojej wymarzonej dziewczyny. Wszystko było tak jak chciała. Wszyscy ją wielbili, wszyscy ją lubili. Czasem ktoś się zbuntował, a wtedy wieczorem odwiedzaliśmy go z razem. Ja zwykle tylko stałem w cieniu, ona rozmawiała, poniżała i biła. Następnego dnia buntownik czy buntowniczka witali nas przyjaznym uśmiechem i pustymi, zniewolonymi oczyma. Starałem się nie myśleć o tym jak o czymś realnym. Miałem po prostu sny. Bardzo chciałem wierzyć, że tylko ja śniłem je każdej z tych nocy.
Tak się to toczyło. Muszę przyznać, że z czasem zacząłem się do tego przyzwyczajać. Byłem chłopakiem dziewczyny, która pomimo młodego wieku trzęsła całą podstawówką. Nie mogę powiedzieć, że byłem nieszczęśliwy, że cierpiałem. To nie tak. Po prostu gdzieś tam na dnie czułem, że coś nie jest tak jak powinno. Mały cichy głosik w głowie szeptał mi czasami, że nie tego naprawdę pragnę. Wydaje mi się, że Laura zawsze o tym wiedziała. Czasem, bowiem bawiła się mną, moim uczuciem. Gdy głos był silniejszy brała mnie na dystans. Jakby czuła mój opór. W takie dni byłem bardzo boleśnie świadomy, iż pomimo tego, że wszyscy mnie lubili to nie miałem nikogo poza Nią.
Tak było do czasu, gdy na początku piątej klasy poznałem Klarę. Pojawiła się jakby znikąd. Miała krótkie niemal białe włosy, wielkie zielone oczy i nosiła kontrastujące z jej drobna sylwetką okute blachą ciężkie buciory. Miała ostry charakter i coś niesamowicie wyzywającego w spojrzeniu. Pierwszy raz, gdy ją spotkałem wpadliśmy na siebie na korytarzu. Odepchnęła mnie od siebie i wyzwała od najgorszych po czym zniknęła w tłumie. Od tego czasu coraz częściej przyłapywałem się na tym, że ją obserwuję. Na przerwach, w trakcie wolnych godzin w świetlicy, po lekcjach, gdy szła do domu. Oczywiście moje zainteresowanie Klarą nie uszło uwadze Laury. Nie wiem czy sama to zauważyła czy doniósł jej któryś z jej niewolników. W każdym bądź razie kazała mi się od niej odwalić. Jednak zanim to zrobiła próbowała oczywiście odwiedzić Klarę we śnie. Wiem, bo też próbowałem. Nie udało się nam. O ile Laurę doprowadziło to do furii mnie to zainteresowało. Klara musiała coś wyczuć. Gdy następnego dnia wracałem ze szkoły czekała na mnie i zaczęła iść obok. Kazała nam się odpierdolić, bo pożałujemy. Nigdy nie zapomnę jej miny, kiedy spytałem czy nie zechce wyjść ze mną na jakiś sok czy coś takiego. Ledwo udało się jej ukryć rumieniec. Gdy się opanowała stwierdziła, że sok jest dla dzieci. Kupiliśmy, zatem cole i jakieś chipsy i poszliśmy do parku na jezioro. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, opowiadałem jej o szkole o mieście. Bardzo ją to interesowało, ponieważ przeprowadziła się tu dopiero kilka tygodni temu i jeszcze nikogo nie znała. Po jakimś czasie zadzwoniła jej mama i Klara musiała wracać do domu. Okazało się, że mieszka niedaleko mnie, więc odprowadziłem ją i poszedłem do siebie.
Czy moi rodzice się o mnie nie martwili? Nie wiem. Szczerze mówiąc byli zbyt zarobieni, aby zwracać na mnie uwagę. Wracali do domu późno, więc mogłem po szkole nie spieszyć się do domu.
W trakcie następnych tygodni często spotykałem się z Klarą. Czułem się przy niej taki spokojny i szczęśliwy. Było to coś zupełnie innego od tego, co czułem przy Laurze. Chociaż nie. To było raczej to co czułem gdy pierwszego dnia zobaczyłem Laurę. Tyle tylko, że po jakimś czasie moje przywiązanie do niej zaczęło wynikać z faktu, iż nie mam nikogo poza nią. Klara natomiast do niczego mnie nie zmuszała. Ja po prostu chciałem przebywać w jej towarzystwie. To chyba nieco żałosne, ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tych wszystkich ograniczeń, jakie narzucała na mnie Laura. Przy Klarze nie musiałem zawsze być wyprostowany, mogłem pociągnąć nosem, gdy miałem katar, a konkurs bekania po opiciu się napojem gazowanym był naprawdę zabawny, a nie niestosowny. Wtedy do mnie dotarło. Laura nie była dzieckiem. Ona była dorosła. Tylko wyglądała jak dziecko. Nie wiem jak tego dokonała. Zresztą nigdy specjalnie nie interesowałem się jak wchodzi do cudzych snów. Wiedziałem, że to potrafi tak jak teraz wiedziałem, że odkryłem prawdę. Wtedy zrozumiałem, że muszę ochronić Klarę. Pozwoliła mi wejść do swoich snów. Wtedy po raz pierwszy ją pocałowałem. Rocznikowo miałem już dwanaście lat, to było krótko po sylwestrze. Okazało się, że każdej nocy Laura napierała na sny Klary. Napierała z siłą i furią, o jaką mimo, wszystko nie zdołałbym jej posądzić.
Następnego dnia był poniedziałek. W szkole podeszła do nas Laura w asyście swojej świty. Powiedziała, że dla niej już nie istnieje. Było to jak zdjęcie uroku. W jednej chwili dopadł mnie ogrom krzywdy, którą wyrządziliśmy wspólnie innym dzieciom. Utonąłbym w tej fali bólu gdyby nie Klara, która chwyciła mnie za rękę. Pamiętam tylko, że mierzyły się wtedy spojrzeniami, ale żadna z nich nie odezwała się już słowem. Tej nocy Laura rozpoczęła kolejny atak na sen Klary. Każdej kolejnej trwały następne. Gdy co dzień mijaliśmy się w szkole jej drwiące spojrzenie pytało jak długo jeszcze wytrzymam. Co noc budziłem się coraz bardziej zmęczony. Po trzech tygodniach zaczęły się krwotoki. Najpierw niewielkie z nosa. Potem bardziej obfite. Rodzice byli przerażeni. Lekarze powiedzieli, że to z powodu przemęczenia jednak nikt nie wiedział gdzie mogłem się tak przemęczyć. Mama wzięła urlop. Codziennie przychodziła do mnie Klara. Mimo początkowych oporów polubiły się. Nawet bardzo. Tylko mamę wciąż raziły Klarowe buty. Gdy mój stan się pogorszył Klara powiedziała, że mam odpocząć, że poradzi sobie sama. Nie chciałem, ale bałem się, że jeśli i ja będę chciał przebić się do jej snu to tylko ją osłabię. Kiedy Klara odwiedziła mnie następnego dnia była bardzo zmęczona, ale się uśmiechała. Każdego kolejnego dnia wracała coraz bardziej wyczerpana. Piątej nocy obudził mnie triumfalny śmiech Laury. Miałem bardzo złe przeczucia. Tego dnia Klara nie przyszła. Czułem się już lepiej, więc zadzwoniłem do niej do domu. Nikt nie odebrał. Zadzwoniłem na jej komórkę. Odebrała jej mama. Dowiedziałem się od niej, że wieczorem Klara wyszła z psem na spacer i została potrącona przez samochód. Jest w szpitalu w bardzo ciężkim stanie. Pamiętam, że kiedy się w pospiechu ubierałem jeszcze lekko kręciło mi się w głowie. Mama właśnie wróciła z zakupów i nawet nie musiałem jej namawiać, aby pojechać do szpitala. Kiedy tam dotarliśmy naszym oczom ukazał się straszny widok. Moja dziewczyna miała złamane obie ręce, lewą nogę i strzaskane żebra. Jej mama powiedziała nam, że Klara miała krwotok wewnętrzny. Jej stan był ciężki, ale stabilny. Przez kolejne kilka dni spędzałem przy jej łóżku tyle czasu ile tylko mogłem. Mama przywoziła mnie rano, zostawiała jedzenie i odbierała wieczorem. Klara była bardzo słaba. Z ledwością mówiła. Gdy skończyło mi się zwolnienie wróciłem do szkoły.
Laura czekała na mnie.
No dobrze. Dokończę jutro. Rozumiem, rodzina. Proszę się zdać na Harolda. Odprowadzi Pana do drzwi. Do zobaczenia jutro.

Spotkanie 3.
Witam. Mam nadzieję dziś skończyć. Zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że nie do końca mi pan wierzy. Bo kto by uwierzył w taką opowieść zwłaszcza z ust piętnastolatka. No, ale nie chodzi przecież o to, aby mi pan wierzył. Prawda. Oczywiście. Proszę powiedzieć, kiedy pan będzie gotowy.
Jak już powiedziałem po wypadku Klary Laura czekała na mnie w szkole. Nic nie mówiła. Nie musiała, wyraz jej twarzy wystarczył. Oczywiście zaraz do mnie podeszła i powiedziała jak jest jej niby przykro i czy może jakoś pomóc. Odepchnąłem ją od siebie i powiedziałem, a w zasadzie wywarczałem, że dość już pomogła. Inni uczniowie pomogli jej wstać. Słyszałem za plecami jej przydupasów rzucających wyzwiska i puste groźby. Laura uspokajała wszystkich tłumacząc mnie i twierdząc, że mam prawo do takiej reakcji, że jestem w szoku. Suka. Oczywiście wiedziała, że tym gadaniem tylko umacnia swoją pozycje. Z żalem przyznaje, że świetnie to rozegrała.
Każdego kolejnego dnia na kilka godzin zaglądałem do Klary. Nocami czuwałem w jej snach. W szkole napotykałem tylko mur milczenia i groźnych spojrzeń. Nie było to miłe, ale nie spodziewałem się niczego lepszego. Ci, którzy otwarcie nie stali za Laurą unikali mnie dla świętego spokoju. Mimo wszystko bali się jej. Nauczyciele patrzyli na mnie z litością. Teraz nawet trudno mi powiedzieć czy współczuli mi czy po prostu uważali, że mam nie po kolei w głowie. Nie wiem i szczerze mówiąc ani wtedy ani tym bardziej teraz specjalnie mnie to nie obchodziło. Kolejne noce czuwania przy Klarze. Spokojne noce. Laura się wycofała, a przynajmniej tak się wydawało. Nagle pewnej nocy na ściany snu Klary natarła potworna siła. Uderzenia następowały z różnych kierunków. Musiała odnaleźć innych takich jak my. Tak myślałem wtedy. Prawda była jednak zupełnie inna.
Zwykli ludzie nie mogą wchodzić do cudzych snów. Mogą być jednak przekaźnikami. Do snów mogą wejść jedynie istoty takie jak ja, Laura czy Klara. Nasza podstawowa umiejętnością jest to, że w pewnych specyficznych warunkach potrafimy przypomnieć sobie swoje poprzednie wcielenia. Zwykle przebywamy w uśpieniu. Możemy tak przeżyć całe życie i nie dokonać niczego niezwykłego, możemy wybudzić się częściowo i tak jak Klara dokonywać pewnych rzeczy nieświadomie, w ramach odruchu. Koniec końców możemy tak jak Laura mieć dostęp do niesamowitych możliwości, jakie daje nam liczba żyć, które przeżyliśmy wcześniej. Im więcej żywotów przetrwaliśmy tym potężniejsi jesteśmy.
Laura myślała, że jestem zwykłym nieświadomym. Takich jest dość wielu. Podejrzewam, że bliźniaczki były nieświadomymi, choć trudno powiedzieć, bo nie widziałem ich od czasu, gdy wyjechały. Bliźniaki zawsze są niezwykłe, często dużo potężniejsze od zwykłych przebudzonych. Nic, więc dziwnego, że chciała je wyeliminować. Klara była nieświadoma. Tak, zgadza się. Teraz jest już wzbudzona. Oczywiście, że zdaje sobie sprawę, że wciąż jest w śpiączce. Nie zmienia to faktu, że wciąż jest przy mnie. Ciało jest tylko pewnego rodzaju manifestacją na określonym poziomie egzystencji. Ona jest ponad to.
Wracając jednak do Laury i jej ataku na Klarę. Moja…hmm…była wykorzystała swoich popleczników i za ich pośrednictwem wykonała olbrzymia ilość relatywnie słabych ataków na sen Klary. Skupiłem się na bronieniu mojej dziewczyny. Niestety nie przewidziałem, że to nie ona jest celem. Gdy byłem zajęty Laura zaatakowała, ale nie Klarę, lecz mnie. Wdarła się w mój sen. To nie było nic miłego. Stałem sam w małym ciemnym pokoju. U sufitu wisiała lekko bujająca się żarówka. Jej światło rzucało na ścianę wiecznie ruchome przerażające cienie. Wtedy jeszcze wciąż traktowałem siebie jak dziecko. I odczuwałem tak jak dziecko. Choć bardzo starałem się z tym walczyć to mimo wszystko balem się strasznie. W rogach pokoju coś przemykało za każdym razem, gdy nie sięgało tam wątłe światło żarówki. Wiedziałem jak wejść do cudzego snu jednak nigdy wcześniej nikt nie wszedł do mojego. Nie wiedziałem, co robić. Miotałem się jak dziki, mając w pamięci te wszystkie straszne filmy, w których coś czaiło się za plecami bohatera. Poznaczone głębokimi bruzdami deski skrzypiały głucho. Wydawało mi się, że przez szpary pomiędzy nimi widzę jak coś porusza się pod podłogą. Pot spływał zimną stróżką po moich plecach. Dłonie miałem mokre. Deski skrzypiały coraz głośniej. Wokół narastał dziwny dźwięk. Jakby skrzypiących małych nóżek. Nagle światło zgasło. Przez ciemność pokoju przebiegł obrzydliwy nieludzki śmiech i zapachniało zepsutym mięsem. Czułem wokół siebie jakąś obecność, niewyraźnie widziałem jakieś ruchy w ciemności. Mój oddech był głośny i urwany jak po długim biegu. Laura syciła się moim strachem, karmiła się nim. Gdy już myślałem, że oszaleję w pokoju zapadła nienaturalna cisza. Jak w chwili gdy na moment przed atakiem drapieżnika ofiara spostrzega, że już nie ma szans. Wszystko zwolniło, a pokój eksplodował oślepiającą jasnością. Gdzieś na granicy świadomości usłyszałem krzyk Laury. Po środku stała Klara, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że mnie kocha, że już wszystko pamięta. Gdy znikała mi z oczu usłyszałem prośbę abym się nie martwił. Przyrzekła, że wróci.
Gdy się obudziłem byłem cały mokry od potu. Następne kilka dni spędziłem w łóżku. Miałem wysoka gorączkę i majaczyłem. Budziłem się. Później dowiedziałem się, że tej nocy, kiedy walczyliśmy z Laurą stan Klary gwałtownie się pogorszył. Miała zapaść i wpadła w śpiączkę. Nie zmartwiły mnie jednak te wieści. Wtedy już wiedziałem, co się stało i co muszę zrobić.
Gdy już wydobrzałem poszedłem do szkoły. Wszyscy, którzy dotąd byli związani z Laura patrzyli na mnie z lekiem. Podejrzewam, że sami nie wiedzieli do końca, z czego się to uczucie brało. Sama Laura była nienaturalnie wręcz spokojna, cały swój strach przelała w wyznawców. Nie poddała się bez walki. Tak się zastanawiam, czy w jakimkolwiek raporcie policyjnym z tego zdarzenia ktokolwiek zadał pytanie skąd dwójka dwunastolatków zna sztuki walki rodem z azjatyckich filmów akcji. Czy ktoś spytał jakim cudem dziecko jest w stanie przebić swoim rówieśnikiem ścianę i walczyć dalej. Podejrzewam, że nikt. Wiem, że nikt.
Wiem też, że gdybym pozwolił Laurze żyć, gdybym okazał litość to prędzej czy później znalazły by się inne dzieci, inni ludzie, którzy doświadczyli by tego samego, co my. Nagięci jej wolą, zastraszeni i zniewoleni. Tak wiem, że za kilkadziesiąt lat ona odrodzi się w innym ciele. Może być pan pewien, że wtedy też ją znajdę. Postaram się być wówczas równie subtelny jak w sześćdziesiątym drugim.
Jak zapewne pan widzi to czego się dopuściłem nie wynikało z zaburzeń psychicznych, agresji, czy lęku. Była to czysta chłodna kalkulacja. Jedna śmierć na moim sumieniu za dobro niezliczonej ilości ludzi. Nie jest to coś, z czego jestem dumny ale chyba tak już po prostu musi być.
O, chyba czas nam kończyć. Tak wiem, że ma Pan jeszcze czas, ale ja już go dla Pana nie mam. Oczywiście, że mogę stąd wyjść. Klara właśnie się obudziła. Chce pan numer do szpitala? Proszę sprawdzić. Spała trzy lata. Tyle samo ile ja czekałem tutaj. Musze przyznać, że było nawet miło. Zresztą, gdyby nie to czego dokonałem w tej placówce chyba nigdy bym Pana nie spotkał.
Widzi Pan. Miałem rację.
Do zobaczenia. Oczywiście, że mnie Pan jeszcze spotka.

Epilog
Jonathan Franklyn MacCook jeden z najbardziej cenionych brytyjskich psychoterapeutów odbył trzy spotkania z piętnastolatkiem, któremu przypisywano wyprowadzenie ponad stu osób z ciężkich i uważanych za nieuleczalne zaburzeń i chorób psychicznych. Chłopiec to od trzech lat przebywał w szpitalu po tym jak na oczach całej szkoły zamordował swoją koleżankę z klasy. David miał wówczas dwanaście lat.
Po tym jak jego rozmówca skończył mówić Dr. MacCook zadzwonił do szpitala i dowiedział się, że Klara Adams zmarła nie wybudziwszy się ze śpiączki. Siedzący naprzeciw niego chłopiec uśmiechnął się, zamknął oczy i odpłynął w głąb swego umysłu. Jego ciało bezwładnie osunęło się na podłogę. Gdy lekarz do niego podbiegł puls był już niemal nie wyczuwalny. Pielęgniarz, którzy był przy chłopcu zaraz po nim starał się go reanimować. Bezskutecznie.
Oficjalna przyczyna zgonu Davida pozostała nie znana. Dr. MacCook w żadnym oficjalnym raporcie nie wspomniał o tym jak wiele nauczył się od dwójki młodych ludzi, którzy przez kolejne kilka miesięcy odwiedzali go wieczorami… gdy śnił.

kOOOnieC…

Grafika by ~ish-nim (http://ish-nim.deviantart.com/)

Tags: , , , ,

Świnki Trzy ;)

Posted in Rozdroża on listopad 16th, 2009 by Duncan

W ciągu ostatnich tygodni miałem okazję przesłuchać trzy interesujące płyty. Wszystkie były bardzo wyczekiwane i ich pojawienie spowodowało żywiołowe reakcje fanów. Nie wiem czy mogę się nazwać jednym z nich. Owszem interesują mnie losy wszystkich trzech wykonawców jednakże nigdy nie uważałem się za fana. Raczej za osobę która lubi ich posłuchać. Nic więcej. Mam nadzieje, że dzięki temu będę mógł spojrzeć na te płyty z dystansem jakiego brakuje fanom. To co napiszę poniżej raczej trudno nazwać recenzjami. To raczej moje subiektywne zdanie na temat:

Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Zacznę od tej płyty ponieważ Hey jakoś nigdy nie był mi szczególnie bliski. Zawsze kojarzyli mi się z muzyką raczej zbyt na mnie spokojną i leniwą, a przez to nie zachęcili mnie jakoś do bliższego poznania swojej twórczości. Jeśli ktoś twierdzi, że mają oni w repertuarze ostrzejsze kawałki to ta płyta na pewno mnie nie przekona.

Nie znaczy to, że jest zła. Wręcz przeciwnie. Jak zwykle doskonała Kasia Nosowska wlewa we wszystkie teksty subtelną nutę melancholii, wspaniała muzyka chwilami delikatnie romansująca z klimatami Jean Michael Jarre’a stanowi idealne tło dla rewelacyjnych tekstów. One właśnie stanowią największy atut płyty. Ambitne, wieloznaczne i jednocześnie naprawdę przyjemne. Napisane mimo wszystko lekko nie sprawiają wrażenia topornych. Słuchanie ich to naprawdę miła odmiana od standartowo popowej pulpy którą zalewają nas obecnie wytwórnie. Hey wspaniale udowodnił, że można w polskiej branży muzycznej śpiewać jesiennie nie będąc przy tym kolejnym klonem znanej gwiazdy i w kółko nawijać o straconej miłości. Zespół wciąż ma swój wyczuwalny styl a to jest ostatnio bardzo rzadkie. Obawiam się jednak, że to sprawi, że trafi on do swojego stałego grona fanów i choć zapewne spodoba się krytykom to nie odniesie sukcesu komercyjnego. Na szczęście chyba jednak nie do końca o to im chodziło.

Na koniec chciałbym zauważyć, że najbardziej zaskoczył mnie obecny w niemal każdym utworze odczuwalny beatowo-elektroniczny rytm. Nie dominuje on i nie zamienia Heya w pseudo-pop ale jednocześnie sprawia, że gdy rozbrzmiewa w słuchawkach to naprawdę miło się przy tej muzyce chodzi. Nie wiem jak na to zareagują fani ale mi podoba się do tego stopnia, że zamierzam odwiedzić znajomego który mam nadzieje wypożyczy mi nieco z Heyowej kolekcji. Może jednak zostanę fanem…

Kult: Hura!

Kult…to kult. Co prawda lepiej poznałem ich twórczość późno bo dopiero na studiach. Dodatkowo mimo, że zespół cenię i szanuje to nigdy jakoś bardziej odczuwalnie w moim sercu nie zagościł. Nie wiem czemu. W zasadzie to bardzo ich lubię ale jakoś tak wyszło, że słuchałem ich tylko czasami. Raczej z rzadka.

Gdy zacząłem słuchać ich najnowszej płyty to co chwila wybuchałem śmiechem. O ile powyższy Hey jest smutno-poważny to Kult jest ironicznie-jajcarski. Ciekawe jest to, że tak naprawdę odbieram płytę jako swojego rodzaju powrót do przeszłości ale mimo to jest to przeszłość traktowana z lekkim przymrużeniem oka. Kazik i chłopaki kpią z rzeczywistości, obśmiewają politykę, religię i społeczeństwo. Robią to przy tym z takim wyczuciem i błyskotliwością, że nie sposób nie zachwycić się maestrią tekstów.

Wszystko to jest przyprawione wyśmienitą muzyką, która w jakiś sposób sprawia, że człowiek ma ochotę zrobić coś szalonego.

Płyta Hura zawiera nasiona buntu, rewolucji. Trudno mi to opisać ale jest w niej coś niesamowitego. O ile Hey sprawiał, że włączał mi się nastrój jesienno kontemplacyjny to tutaj mam ochotę biegać i niczym Kaczor Duffy domalowywać ludziom sumiaste wąsy. Chłopakom z kultu udało się wpleść w muzykę radość i wolność.

Chwała im za to!! HURA!!! HURA!! HURA!!

Agnieszka Chylińska: Modern Rocking

Na koniec chyba najbardziej kontrowersyjny album tego roku.

ZDRADA!! HAŃBA!! Krzyczą fani. Aga się sprzedała!! Nie jest już paszczetem!! Jest fajną laską!! Na pohybel!!

Rany jak dobrze, że nie jestem fanem.

Muszę jednak przyznać, że do najnowszej płyty eks-wokalistki O.N.A. pochodziłem chyba ze trzy razy. I koniec końców uznaję, że jest ona…przede wszystkim zupełnie inna od poprzedniej – do której notabene też podchodziłem kilka razy zanim mnie do siebie przekonała.

Zdecydowanie jest to najbardziej popowa ze wszystkich trzech omawianych tutaj pozycji. Muszę jednak przyznać, że Agnieszka poszła w kierunku – wbrew opiniom fanów – ambitnej wersji popu zahaczającej momentami o elektronikę – np. rewelacyjne Niebo.

Ocena Modern Rock’u jest najtrudniejsza ze wszystkich trzech pozycji. Obawiam się, że trudno jest tu jednocześnie uciec od oceny zmiany jaka zaszła w samej Agnieszce Chylińskiej. Ona zawsze kojarzyła mi się z żywiołem. Boską furią która gniewnie wykrzykuje to co chce. Nigdy nie ceniłem Jej za ambitne teksty czy dobrą warstwę muzyczną – choć nie twierdzę, że była na tych polach słaba. Agnieszka zawsze ujmowała mnie szczerością. Jej pełne pasji i prostoty teksty były czymś co sprawiało, że można było się w nich zanurzyć. Ich specyfika sprawiała, że tak łatwo było się z nimi utożsamiać. Jak jest teraz? Jak już przyzwyczaić się do ostrego beatu i elektroniczno-popowego brzmienia to okazuje się, że dalej słychać w Niej ten gniew tą furię i tą szczerość. I to pozwala mi wierzyć że Agnieszka się nie sprzedała. Pokazała tylko wielkie „fuck off” tym wszystkim którzy chcą Jej mówić jaka ma być i co ma grać.

Chwała jej za to!

Tags: , , , , ,

P. P. Requiem… R.I.P.

Posted in Rozdroża on październik 26th, 2009 by Duncan

Na skraju długiej, prostej drogi siedział Cień. Był średniego wzrostu, miał potargane włosy i jak każdy cień był cały czarny. Z jego zlanych z resztą ciała oczu ciekły smoliste łzy, które wtapiały się w wysuszony popołudniowym słońcem asfalt nie pozostawiając na nim żadnego śladu. Wysoko na niebie szybował drapieżny ptak. Jego głos niósł się echem przez prerię. Stojący za plecami płaczącego billboard informował przejezdnych - o ile jacyś byli - iż do najbliższej stacji benzynowej mają dwie mile, a dalej ponad dwieście mil bezludzia.

Cień odwrócił się i spojrzał na reklamę myśląc, że przecież tego właśnie pragnął. Jego myśli były ciężkie i pełne goryczy. Zawsze czuł się taki uwiązany, zależny. Na początku robił to, co wszystkie cienie. Dokładnie to, co jego Chłopiec. Mimo wielkiej potęgi, którą dysponował nigdy nie mógł dotknąć prawdziwego świata. Zawsze były to tylko kontury rzeczywistych przedmiotów, zarys rzeczywistych ludzi. Miał nadzieje, że chociaż z cieniami ludzi się pobawi, że chociaż napije się cienia soku z rzuconego na ścianę obrysu butelki. Niestety. Inni z jego gatunku nie chcieli z nim rozmawiać, a cień soku był kompletnie pozbawiony smaku. Nie potrafił stwierdzić, czy inni mu podobni nie potrafili czy też może nie chcieli z nim rozmawiać. Na domiar złego jego podopieczny był nieśmiałym odludkiem, który stronił od innych ludzi i nie miał żadnych znajomych. Dlatego Cień był smutny i bardzo samotny.

Pewnego dnia, był tak pochłonięty rozmyślaniami o własnej niedoli, że dopiero po chwili spostrzegł, że Chłopiec dziwnie się na niego patrzy. Cień znajdował się wtedy na ścianie. Malec podnosił do góry ręce i je opuszczał. Czarny towarzysz spojrzał na niego, a następnie na siebie i dopiero wtedy spostrzegł, że jego ręce się nie poruszyły. Nieco nieśmiało uniósł je ku górze, ale w innym tempie niż jego fizyczna manifestacja. Dziecko spojrzało na rzucony na ścianę kontur swojej sylwetki, a w jego oczach przerażenie walczyło z ciekawością. Po chwili pochylił się w kierunku muru i spytał wyrastające z jego stóp stworzenie, kim jest. On odpowiedział, że cieniem. Ta prosta rzeczowa odpowiedź ośmieliła malca, z którego wylał się potok słów. Jego rozmówca był początkowo zdziwiony, że Chłopiec go dostrzegł, ale uznał, że jest On po prostu bardziej wyjątkowy od innych ludzi. Stali się nierozłączni i choć wcześniej też tacy byli to teraz słowo to nabrało zupełnie innego znaczenia. Dotychczas apatyczne i markotne dziecko nagle jakby dostało skrzydeł. Nowy kompan zabaw uczył go jak się tropi koty, pokazywał gdzie, co sobotę mają swój bal wróżki i jak zrobić psikusa złośliwemu sąsiadowi z końca ulicy. Obaj uczyli się od siebie nawzajem, śmiali się, i spędzali czas beztrosko psocąc figlując i robiąc to, co wszystkie dzieci w tym wieku. Mama Chłopca początkowo ignorowała jego przyjaciela, a później zgodnie z radą pewnej pani zaczęła nawet do niego mówić. Niestety szybko okazało się, że go nie słyszy. Minęło kilka lat. Malec poszedł do szkoły i zaczął zdobywać nowych, żywych przyjaciół. Cień bardzo posmutniał, ponieważ nie mógł bawić się z Chłopcem w berka czy też pograć z nim w piłkę. Rozmawiali coraz mniej, Dzieciak miał dla niego mniej czasu, a więcej poświęcał go dla ludzkich znajomych. Ich przyjaźń usychała. Zdesperowany przyjaciel czepiał się wszystkiego, ale ludzki towarzysz coraz częściej go ignorował. Na nic się zdały podszepty na temat tego, jacy naprawdę są jego znajomi. Nie wierzył, gdy czarny przyjaciel zapewniał, że wszyscy oni go opuszczą. Chłopiec był głuchy na jego słowa. Cień powoli zaczął podejrzewać, że Maluch zapomina język cieni. Przeraził się, że jego przyjaciel dorasta. Słyszał jak kiedyś jedna pani mówiła mamie Chłopca, że jak ów dorośnie to zapomni. „Chyba nie zapomni o mnie” pomyślał wtedy. Przecież zapewniał go, że zawsze będą razem, ale Cień coraz częściej myślał, że jednak zostanie zapomniany. Bał się tego tak bardzo, że chwytając się ostatniej deski ratunku obiecał, że nauczy Chłopca latać. I nauczył, ale jako cień musiał pozostać na ziemi. Malec ciesząc się wolnością ptaków i szumem wiatru do końca zapomniał o Cieniu, który początkowo zdawał się tego nie rozumieć. Przecież dał mu to, czego pragnął. Gdy dla Dziecka najważniejszym stało się pochwalenie nową umiejętnością przed znajomymi przyjaciel starał się wytłumaczyć mu, że nie jest to coś, czym można się chwalić, że ludzie nie są na to gotowi. Głuchy na jego błagania Chłopiec do reszty wyparł się przyjaźni z Cieniem i chcąc popisać się przed kolegami skoczył w powietrze.

Cień w pełnym wściekłości i bólu odruchu odszedł. Zostawił Chłopca samego i biegł daleko, byle dalej od ciernia, jakim było dla niego wspomnienie o przyjacielu, którego kochał nad życie. Zatrzymał się dopiero tysiące mil dalej na drodze pośrodku pustyni nieopodal stacji benzynowej. Nie był zmęczony, bo cienie się nie meczą. Był wreszcie wolny. Czuł to spoglądając na znak informujący o pięciuset milach bezludzia. Mógł iść gdzie chciał, mógł robić, co chciał. Gdy się skupił czuł nawet asfalt pod stopami. Mimo to płakał jednak za przyjacielem, który o nim zapomniał. Nie wiedział jak długo siedział tak na skraju drogi. Myślał, wspominał, płakał. W tym czasie minęły go dwa samochody. W pewnym momencie wstał i poszedł drogą prosto przed siebie. Wiedział gdzie musi wrócić.

Kilka dni później wsunął się bezszelestnie do Londyńskiego domu, z którym łączyło go tyle wspomnień. Było bardzo cicho. W pokoju Chłopca nikogo nie było. Gdy zajrzał do sypialni Mamy, do miejsca, w którym obaj tak bardzo lubili przebywać zastał ją leżąca na łóżku. Śpi, pomyślał w pierwszym odruchu. Dopiero po chwili spostrzegł leżące obok niej pudełko po lekach. Puste. W zimnej dłoni tkwił skrawek papieru. Strona z gazety ze zdjęciem chłopca w zielonym kubraczku. Dziecka leżącego na szarym, brudnym chodniku. Napis nad fotografią głosił:

„Death of Peter P. Why did he jump?”

Tags: , ,

AFRO SAMURAI

Posted in Rozdroża on kwiecień 29th, 2009 by Duncan

Autor: http://firecotton.deviantart.com/art/Afro-Samurai-69166974

Kiedy lata temu zetknąłem się z Hip-Hopowymi samurajami i czarnoskórymi Ninja w wykonaniu Wu-Tang Clan jakoś mnie to odrzuciło. Pasowało to do siebie jak biali przebierający się za Indian - niby mają wszystkie rekwizyty i zapał ale wciąż nie są Indianami.
Jakiś czas temu zachęcony osobą Samuela L. Jacksona obejrzałem pięcioodcinkowy miniserial Afro Samurai. Opowiada on o czarnoskórym wojowniku którego jedynym celem jest pomszczenie ojca. Początkowo podchodziłem do serialu z sporym dystansem jednak nie zauważyłem nawet jak pochłonął mnie bez reszty. Wykreowana w nim zakręcona wizja „Dzikiego Dalekiego Wschodu” gdzie samuraj staje naprzeciw rewolwerowca ma w sobie niesamowity magnetyzm. W tym świecie ciągłej walki istotą wszystkiego są dwie opaski. Opaska numer jeden i numer dwa. Tą pierwszą jak nietrudno się domyśleć nosi najlepszy wojownik na świecie. Mistrz nad mistrzów, zakapior nie do zatłuczenia. Jedyną osoba która może go wyzwać jest ta posiadająca opaskę z numerem dwa. Problem jednak polega na tym, że tego który ją nosić mogą wyzwać wszyscy. Takie są zasady…reszta to jedna wielka rzeźnia.
Gdyby film skupiał się tylko na tym co napisałem powyżej byłby, co najwyżej ładny ale trudno by się w nim było zachwycać czymś więcej niż kreską.
Szczęśliwie przez całą serię towarzyszy nam opowieść o zemście, ale nie płytkie badziewie pokroju Kill Billa, a prawdziwa epicka opowieść o człowieku żyjącym tylko zemstą. Wszystko co robi czym się kieruje i w co wierzy to zemsta. Nie ma dla Afro Samuraja nic poza nią i oprócz niej.
I jak paradoksalnie by to nie zabrzmiało to się na nim mści. Wraz z zemstą podąża za nim śmierć. Giną jego wrogowie i jego sprzymierzeńcy, ci którzy mu grożą i którzy mu dobrze życzą. Film doskonale pokazuje czym jest to pragnienie i co oznacza. Przez cały czas widzimy, że w przeciwieństwie do ostrza samuraja zemsta jest bronią obosieczną.
Fabuła filmu jest suto przeplatana retrospekcjami. Dzięki nim widzimy, co ukształtowało Afro Samuraja i co uczyniło tym kim jest. Jest on przykładem tak bardzo lubianych przeze mnie postaci kompletnych. Ma swoją historie i swoje miejsce w opowieści. Oglądając film zaskakująco łatwo utożsamić się z głównym bohaterem. Dodatkowego kolorytu nadaje mu Ninja Ninja, który jest jego najlepszym przyjacielem i jednocześnie głosem rozsądku. Jego dialo…ok monologi są naprawdę przecudowne. Ninja jest bowiem kompletną antytezą skupionego na celu Samuraja. Namawia go zwykle do obejścia pułapki bokiem, do uniknięcia walki. Jest wesoły, roztrzepany i tchórzliwy. Jest osoba na bycie którą Afro nie może sobie pozwolić. Obaj jednak choć tak od siebie różni razem stanowią kompletna całość.
Dodatkowo w rolach głównych głos podkładają Samuel L. Jackson i Ron Prelman (jako Justice - Numer Jeden). Dotąd zawsze uważałem, że najbardziej twardzielski głos należały do Vin „Riddicka” Diesla, ale jak się okazuje Afro Samurai pozostawia go daleko w tyle.
Pięcioodcinkowa seria opowiada o drodze Afro Samuraja do opaski numer jeden noszonej przez zabójcę jego ojca. Ojca który ostatnim tchnieniem poprosił syna o zemstę i tym samym naznaczył go na całe życie i w pewnym sensie zakuł w kajdany. Po mimo licznych walk, aktów przemocy i brutalnych scen jest to jednak opowieść o wydźwięku silnie pacyfistycznym. Jest tak ponieważ oprócz samej walki pokazuje jej konsekwencje, które tylko pozornie nie pozostawiają na bohaterze żadnej skazy. Musze przyznać, że końcówka jest interesująca i naprawdę…zabójcza.
Na koniec zostawiłem jeszcze trzy sprawy. Pierwsza to grafika. Cały serial rysowany jest bardzo ładną żywą kreską. Niewiele tu statycznych elementów, a i gra kolorów wypada zdecydowanie na plus. Sporą część stanowią tu sceny walki przedstawione w nowoczesny dynamiczny sposób. Należy przy tym zauważyć że jest to obraz bardzo brutalny. Krew leje się strumieniami, a poodcinane kończy kręcą w powietrzu makabryczne piruety. Po mimo tego jakoś to wszystko do siebie pasuje i nie razi zbytnio.
Po drugie w całej serii tkwi jakiś taki duch Quentina Tarantino. Widać go w scenografii, kolorystyce, animacji postaci. Dodatkowo sama fabuła, humor i sposób przedstawienia historii mają wiele wspólnego z obrazami twórcy Kill Billa. Nie bez powodu odwołuje się tu do tego filmu. Afro Samurai jest moim zdaniem tym czym film o polowaniu na Billa mógł być.
Na osobny akapit zasługuje muzyka. Jeśli ktoś powiedziałby mi rok temu, że będę nosił w odtwarzaczu hip hop to bym się w czoło po pukał…i było by mi teraz głupio ;). RZA zrobił coś niesamowitego. Zmiksował Hip-hop muzykę ze spaghetti westernów i przyprawił to szczyptą orientalnego klimatu. Wyszła z tego mieszanka wybuchowa, która doskonale ilustruje cały serial, stanowi idealne tło pod sesje RPG i świetnie brzmi w słuchawkach kiedy pogina się rankiem przez zatłoczone miasto. Coś doskonałego (jak nie wierzycie rzućcie okiem-uchem na klip pod recką…to co prawda utwór z gry jednak tego samego autora).
Podsumowując polecam film każdemu kto lubi klimat filmów Taratino i fajne historie. Nawet jeśli uważacie, że Czarnoskóry Samuraj to obraza dla Bushido (a pewnym jest, że jest on bardziej przekonywujący od Toma C.) to mimo wszystko dajcie mu szansę bo klimat tej opowieści jest naprawdę wspaniały…

Tags: , , ,

“Franklyn”

Posted in Rozdroża on kwiecień 28th, 2009 by Duncan

Jestem osobą charakteryzującą się sporą niechęcią do tzw. kina ambitnego. Wciąż wmawiam sobie, że nie wynika to z ograniczeń mojego intelektu, lecz z tego, że często są to filmy, w których obserwujemy przerost formy nad treścią. Rozważania nad jakimś problemem stają się wtedy osią fabuły, która tak zajmuje twórcę, że przestaje on zwracać uwagę na cokolwiek innego tworząc film nie dość, że trudny w odbiorze to do tego nudny. Zdaje sobie sprawę z tego, że są one w dużej mierze przeznaczone dla widza, który potrafi czytać traktaty filozoficzne niczym pełną akcji powieść bynajmniej ja tak nie potrafię i z tego tez powodu mam problem z oglądaniem takowych filmów.

Szczęśliwie dla mnie nie jestem w tym stanie ducha osamotniony, dzięki czemu co sprytniejsi twórcy starają się czasem i od takich jak ja kasę wyciągać. Dzięki temu powstaje raz na jakiś czas film, który potrafi być jednocześnie inteligentny i ciekawy fabularnie. Jednym z takich filmów jest „Franklyn”. Brytyjska produkcja opowiadająca o losach czwórki zagubionych ludzi.

Skłócona z matką artystka filmująca własne próby samobójcze. Porzucony na dzień przed ślubem grafik komputerowy. Detektyw z tajemniczego Meanwhile City, który poszukuje zabójcy małej dziewczynki. Ojciec poszukujący swojego syna. Każda z tych opowieści toczy się własnym torem pozornie nie przecinając się z pozostałymi. Jednak przyglądając się uważnie dostrzegamy w tle te same postacie, te same miejsca. Niesamowite jest to jak komentarze narratora z opowieści o detektywie doskonale ilustrują następujące po nich kadry pozostałych historii.

Fabuła toczy się równolegle w naszym świecie i w wspomnianym powyżej „Mieście Międzyczasu”, w którym każdy oprócz bohatera wyznaje jakąś religie. Każda z postaci czegoś poszukuje: sensu, nadziei, zemsty, odpowiedzi. W poszukiwaniach tych, co rusz zadają sobie pytania na temat ich własnego życia. Mierzą się z przeszłością powoli odsłaniają wydarzenia, które doprowadziły ich do tego właśnie momentu w ich życiu.

Występująca w filmie fantastyka dawkowana jest bardzo oszczędnie. Pojawiające się elementy nadnaturalne zawsze wiążą się z pytaniem czy jest to metafizyka czy szaleństwo bohaterów.

Historia toczy się niespiesznie, co dodatkowo podkreślone jest przez piękną melancholijną muzykę. Fabuła jest jednak tak skonstruowana, że potrafi przykuć uwagę widza. Co prawda zwroty akcji nie są jakoś specjalnie zaskakujące niemniej spora liczba niedopowiedzeń sprawia, że film ogląda się przyjemnie bez tak charakterystycznego dla amerykańskiego kina uczucia, że twórca uważa widza za idiotę, któremu wszystko trzeba pokazać wprost. Ponadto wspomniana wcześniej nuta szaleństwa wymieszana z zagubieniem każdej z postaci sprawia, że stają się one wiarygodne i ciekawe. Ich problemy i zagubienie są oczywistą wypadkową tego, co spotkało ich wcześniej i co ich ukształtowało.

Podobno zamiarem twórców było stworzenie obrazu, który łączyłby kino ambitne z rozrywkowym. Otrzymaliśmy, zatem ciekawą niepozbawioną zwrotów akcji fabułę, interesujących bohaterów z problemami. Wszystko doprawiono obecną w każdym z wątków szczyptą subtelnie odkrywanej tajemnicy. Wyszedł z tego film ciekawy, który nie jest może dziełem wybitnym, ale doskonale sprawdza się w roli inteligentnej rozrywki.

Dodatkowo na uwagę zasługuje sposób, w jaki film ten jest nakręcony. Oglądając go miałem wrażenie, że czytam komiks. Konstrukcja poszczególnych ujęć oraz sposób wypełnienia kadru sprawiają bardzo komiksowe wrażenie. Są one pięknie skomponowane tak jakby każde ujecie miało być osobnym obrazem. Z tego, co wiem nie jest to adaptacja żadnej noweli obrazkowej niemniej jednak doskonale oddaje klimat tego medium. Komiksowe jest też zakończenie filmu. Niedopowiedziane, otwarte.

Film mogę z spokojnym sumieniem polecić wszystkim, którzy lubią w trakcie seansu pomyśleć i zastanowić się nad tym co oglądają. Przedstawione w nim problemy, mimo, że potraktowane dość skrajnie mogą stać się udziałem każdego z nas. Poszukiwanie sensu, dorastanie, akceptacja i zrozumienie przeszłości oraz szaleństwo. To coś, z czym stykamy się codziennie czasem tego nawet nie zauważając. Zobaczmy zatem…

Tags: , , ,

„I Watched the Watchmen” - Komentarz do filmu (poprawiony;)

Posted in Rozdroża on marzec 8th, 2009 by Duncan

Gdy film się kończy wychodzimy z Żoną z kina a w mojej głowie kotłują się myśli. Jeszcze nieuporządkowane bardzo chaotyczne. Jednak ponad tym spienioną mieszaniną neuronów niesie się głos, z początki chichy ale narastający z każdą chwilą…udało mu się!!!

Mijamy ignorantów którzy oczekiwali po tym filmie kolejnych X-menów. Zawiedzeni marudzą, że mało nie usnęli na filmie. Narzekania facetów skupiają się na „błękitnym ekshibicjoniście”. Przez cgwilę wydaje mi się, że słyszę w tych głosach nutę zazdrości. Brak słów.

Minął dzień. Chyba mogę o tym napisać.

Zak Snyder przenosi komiks niemal kadr po kadrze. Od napisów początkowych - wypisanych czcionką taką jak w komiksie – jesteśmy wprowadzeni w ponury świat strażników. W świat u progu atomowej zagłady. Świat w którym ideały upadły.

Strażnicy są dziełem wyjątkowym czemu dałem wyraz w recenzji komiksu. Reżyser miał przed sobą nie lada wyzwanie. Sprostać oczekiwaniu tych wszystkich ludzi którzy zobaczyli w tym dziele, to co ja.

Do kina szedłem z wielkimi obawami co do ekranizacji. Nie byłby to juz pierwszy raz gdyby ekranizacja powieści obrazkowej była dobra tylko w trailerach. Martwiłem się też, że wymagania mam tak wielkie, że nawet jeśli film będzie dobry to nie będzie dla mnie wystarczające.

Szczęśliwie nie zawiodłem się, a co więcej jeden aspekt tego filmu pozytywnie mnie zaskoczył.

Muzyka. Coś o czym nie myślałem przy czytaniu komiksu. Ciężki klimat świata u progu wojny atomowej został przez reżysera dźwięku potraktowany w sposób ironiczny i momentami prześmiewczy ale przy tym niesamowicie celny. Gigantycznych rozmiarów Dr. Manhatan obracający w perzynę Wietnamczyków przy „Locie Walkirii” i lecące po jego bokach Huey’e sprawiły, że dosłownie wrosłem w fotel po trosze z podziwu po trosze ze śmiechu. „Sound of Silence” ilustrujące pogrzeb komedianta sprawia, że jest to chyba najlepsza scena tego typu jaką kiedykolwiek w filmie widziałem. Po prostu genialne. Takich smaczków jest dużo więcej a nie zamierzam psuć zabawy tym którzy filmu jeszcze nie widzieli.

Kiedy przed premierą uważnie śledziłem newsy dotyczące produkcji bardzo zmartwiła mnie wieść o zmianie zakończenia filmu. Cóż faktycznie zostało ono zmienione jednak szczęśliwie doskonale wpasowuje się ono w klimat komiksu i musze powiedzieć, że jest jeszcze bardziej niepokojące niż to oryginalne.

Najprzyjemniejsze w całym obrazie jest jednak to, że Zak Snyder jest fanem tego komiksu i przeniósł go na ekran z wyczuciem fana. Udało mu się uniknąć spłycania fabuły, nie wycinał drastycznych scen a całość podlał goryczą i dekadencją. Majstersztyk.

W całym tym morzu zachwytów jest tylko jedno „ale”.

Alan Moore stworzył komiks o bohaterach którzy byli tak bardzo nie-bohaterscy, tak bardzo ludzcy, że przez to prawdziwi. Trochę więc zdziwił mnie 74 letni Komediant który chybionymi ciosami przebijał ściany czy wiotka Panna Juspczyk, która swoimi długimi nogami wykopywała przeciwników niczym futbolowe piłki. To tylko drobny szczegół jednak zaprzeczał ich „zwyczajności”, sprawiał, że jednak widziało się w nich nadludzi. Jednak to jest w zasadzie jedyne ale.

Na osłodę dodam, że wszystko inne zrealizowano doskonale.

Pozostaje tylko czekać na wersję reżyserską z tymi wszystkim dodatkami na które w wersji kinowej zabrakło czasu. Już nie mogę się doczekać.

Ci którzy jeszcze nie byli. Marsz do kina.

Na koniec jednak muszę uczciwie musze przyznać, że nie jest to film dla wszystkich. Niestety jest to spowodowane głównie tym, że ekranizacja komiksu jest w Polsce kojarzona z kinem szybkim lekkim i przyjemnym. Ludzie przygotowani na tego typu rozrywkę mogą być zawiedzeni tym, że akcji zbyt mało i efekty specjalne mogły by być lepsze. Osoby które przygotują się na dramat mogą źle odebrać przerysowane postacie czy patenty takie jak „doomsday clock” i całą superbohaterską otoczkę. Niemniej obie te postawy należą do ludzi którzy nie do końca wiedzą na co idą do kina więc kij w oko ich narzekaniom…

Ps. Mam tylko nadzieję, że nie będzie w Hollywood żadnego „geniusza” który zapragnie nakręcić „Strażników 2: Powrót” czy czegoś w tym stylu.

Tags: , , ,

Nowe z Mucha Comics

Posted in Rozdroża on luty 24th, 2009 by Duncan

„Jeśli wojna oszczędza święte miejsca
…sprawcie by wszystkie miejsca były święte.
A jeśli świętym ludziom w czasie wojny nie dzieje się krzywda
…sprawcie by wszyscy stali się święci”

SILVER SURFER: REQUIEM

Nakładem wydawnictwa Mucha Comics ukazał się niedawno pięknie wydany album o ostatnich chwilach Srebrnego Surfera. Jedna z najpotężniejszych postaci uniwersum Marvela obdarzony kosmiczną mocą Norrin Radd - Silver Surfer - były herold Galactusa, Pożeracza Planet umiera. Jego moc się kończy.
Opowieść o jego ostatnich dniach czyta się jednym tchem.
J. M. Straczyński po raz kolejny udowodnił że jest wspaniałym twórcą. Udało mu się stworzyć komiks który idealnie wpasowuje się w pełen patosu lekko infantylny klimat Marvelowskiego uniwersum pozostając przy tym historią przejmującą i inteligentnie napisaną.
Opowieść ta jest pewnego rodzaju hołdem złożonym postaci Srebrnego Surfera. Osoby które nigdy wcześniej nie zetknęły się z tą postacią są sprawnie i nie nachalnie wprowadzone w jej historię. Na kartach komiksu tak w dialogach jak i w rysunkach wyczuwalne jest nastrojowa nuta melancholii. Sprawia ona, że zaskakująco szybko utożsamiamy się z postacią głównego bohatera przeżywając z nim jego podróż z Ziemi - jego drugiego domu - na macierzystą planetę Zenn La.
Silver Surfer jest postacią dużo bardziej potężną od innych bohaterów tego universum. Z tego też powodu stawiane przed nim wyzwania i dylematy są też dużo większe. Kiedy spider-man walczy z przestępcami na ulicach Nowego Yorku Radd zajmuje się wojną między dwoma światami. Obaj jednak mają z sobą wiele wspólnego i wiele mogą się od siebie nauczyć. Nawet w ciągu tych ostatnich dni.
Wszystko to jest pięknie ilustrowane przez Esada Ribica, który potrafił wydobyć z tej historii drugie ukryte pod tekstem dno. Grafiki podkreślają spokojny ton tej historii nawet sceny akcji przedstawiając jakby w zwolnionym tempie. Mamy czas zachwycić się tak kunsztem grafika jak i scenarzysty którzy stworzyli doskonale uzupełniający się tandem.
Requiem jest jednak przede wszystkim opowieścią. Opowieścią o wolności. To ona bowiem jest motorem serii i to ona nawet w obliczu końca jest siłą Surfera. Norrin w trakcie swej ostatniej podróży na nowo definiuje czym jest dla niego wolność i jak ważną rolę pełniła w jego życiu. Postacie które spotyka na swej drodze sprawiają, że nawet gdy jest u kresu potrafi stanąć i walczyć o to w co wierzy.
Komiks jest przepełniony patosem. Jest infantylny i prosty jak całe uniwersum Marvela. Nie można mu jednak odmówić głębi i piękna przekazu. Opowieść o końcu Srebrnego Surfera zapada w pamięć. Ta historia przypomina dlaczego te proste historie pomimo całej masy swych wad trafiły do tak wielu ludzi.

Tags: , , ,

Genialne…

Posted in Rozdroża on styczeń 29th, 2009 by Duncan

Normalnie jak urzeczony słucham i się nasłuchać nie mogę :)

Jedyne co mnie wkurza to to, że nie rozpoznaje wszystkich użytych melodii…ale co tam to i tak jest śliczne :D

Tags: , ,