P. P. Requiem… R.I.P.

Posted in Rozdroża on październik 26th, 2009 by Duncan

Na skraju długiej, prostej drogi siedział Cień. Był średniego wzrostu, miał potargane włosy i jak każdy cień był cały czarny. Z jego zlanych z resztą ciała oczu ciekły smoliste łzy, które wtapiały się w wysuszony popołudniowym słońcem asfalt nie pozostawiając na nim żadnego śladu. Wysoko na niebie szybował drapieżny ptak. Jego głos niósł się echem przez prerię. Stojący za plecami płaczącego billboard informował przejezdnych - o ile jacyś byli - iż do najbliższej stacji benzynowej mają dwie mile, a dalej ponad dwieście mil bezludzia.

Cień odwrócił się i spojrzał na reklamę myśląc, że przecież tego właśnie pragnął. Jego myśli były ciężkie i pełne goryczy. Zawsze czuł się taki uwiązany, zależny. Na początku robił to, co wszystkie cienie. Dokładnie to, co jego Chłopiec. Mimo wielkiej potęgi, którą dysponował nigdy nie mógł dotknąć prawdziwego świata. Zawsze były to tylko kontury rzeczywistych przedmiotów, zarys rzeczywistych ludzi. Miał nadzieje, że chociaż z cieniami ludzi się pobawi, że chociaż napije się cienia soku z rzuconego na ścianę obrysu butelki. Niestety. Inni z jego gatunku nie chcieli z nim rozmawiać, a cień soku był kompletnie pozbawiony smaku. Nie potrafił stwierdzić, czy inni mu podobni nie potrafili czy też może nie chcieli z nim rozmawiać. Na domiar złego jego podopieczny był nieśmiałym odludkiem, który stronił od innych ludzi i nie miał żadnych znajomych. Dlatego Cień był smutny i bardzo samotny.

Pewnego dnia, był tak pochłonięty rozmyślaniami o własnej niedoli, że dopiero po chwili spostrzegł, że Chłopiec dziwnie się na niego patrzy. Cień znajdował się wtedy na ścianie. Malec podnosił do góry ręce i je opuszczał. Czarny towarzysz spojrzał na niego, a następnie na siebie i dopiero wtedy spostrzegł, że jego ręce się nie poruszyły. Nieco nieśmiało uniósł je ku górze, ale w innym tempie niż jego fizyczna manifestacja. Dziecko spojrzało na rzucony na ścianę kontur swojej sylwetki, a w jego oczach przerażenie walczyło z ciekawością. Po chwili pochylił się w kierunku muru i spytał wyrastające z jego stóp stworzenie, kim jest. On odpowiedział, że cieniem. Ta prosta rzeczowa odpowiedź ośmieliła malca, z którego wylał się potok słów. Jego rozmówca był początkowo zdziwiony, że Chłopiec go dostrzegł, ale uznał, że jest On po prostu bardziej wyjątkowy od innych ludzi. Stali się nierozłączni i choć wcześniej też tacy byli to teraz słowo to nabrało zupełnie innego znaczenia. Dotychczas apatyczne i markotne dziecko nagle jakby dostało skrzydeł. Nowy kompan zabaw uczył go jak się tropi koty, pokazywał gdzie, co sobotę mają swój bal wróżki i jak zrobić psikusa złośliwemu sąsiadowi z końca ulicy. Obaj uczyli się od siebie nawzajem, śmiali się, i spędzali czas beztrosko psocąc figlując i robiąc to, co wszystkie dzieci w tym wieku. Mama Chłopca początkowo ignorowała jego przyjaciela, a później zgodnie z radą pewnej pani zaczęła nawet do niego mówić. Niestety szybko okazało się, że go nie słyszy. Minęło kilka lat. Malec poszedł do szkoły i zaczął zdobywać nowych, żywych przyjaciół. Cień bardzo posmutniał, ponieważ nie mógł bawić się z Chłopcem w berka czy też pograć z nim w piłkę. Rozmawiali coraz mniej, Dzieciak miał dla niego mniej czasu, a więcej poświęcał go dla ludzkich znajomych. Ich przyjaźń usychała. Zdesperowany przyjaciel czepiał się wszystkiego, ale ludzki towarzysz coraz częściej go ignorował. Na nic się zdały podszepty na temat tego, jacy naprawdę są jego znajomi. Nie wierzył, gdy czarny przyjaciel zapewniał, że wszyscy oni go opuszczą. Chłopiec był głuchy na jego słowa. Cień powoli zaczął podejrzewać, że Maluch zapomina język cieni. Przeraził się, że jego przyjaciel dorasta. Słyszał jak kiedyś jedna pani mówiła mamie Chłopca, że jak ów dorośnie to zapomni. „Chyba nie zapomni o mnie” pomyślał wtedy. Przecież zapewniał go, że zawsze będą razem, ale Cień coraz częściej myślał, że jednak zostanie zapomniany. Bał się tego tak bardzo, że chwytając się ostatniej deski ratunku obiecał, że nauczy Chłopca latać. I nauczył, ale jako cień musiał pozostać na ziemi. Malec ciesząc się wolnością ptaków i szumem wiatru do końca zapomniał o Cieniu, który początkowo zdawał się tego nie rozumieć. Przecież dał mu to, czego pragnął. Gdy dla Dziecka najważniejszym stało się pochwalenie nową umiejętnością przed znajomymi przyjaciel starał się wytłumaczyć mu, że nie jest to coś, czym można się chwalić, że ludzie nie są na to gotowi. Głuchy na jego błagania Chłopiec do reszty wyparł się przyjaźni z Cieniem i chcąc popisać się przed kolegami skoczył w powietrze.

Cień w pełnym wściekłości i bólu odruchu odszedł. Zostawił Chłopca samego i biegł daleko, byle dalej od ciernia, jakim było dla niego wspomnienie o przyjacielu, którego kochał nad życie. Zatrzymał się dopiero tysiące mil dalej na drodze pośrodku pustyni nieopodal stacji benzynowej. Nie był zmęczony, bo cienie się nie meczą. Był wreszcie wolny. Czuł to spoglądając na znak informujący o pięciuset milach bezludzia. Mógł iść gdzie chciał, mógł robić, co chciał. Gdy się skupił czuł nawet asfalt pod stopami. Mimo to płakał jednak za przyjacielem, który o nim zapomniał. Nie wiedział jak długo siedział tak na skraju drogi. Myślał, wspominał, płakał. W tym czasie minęły go dwa samochody. W pewnym momencie wstał i poszedł drogą prosto przed siebie. Wiedział gdzie musi wrócić.

Kilka dni później wsunął się bezszelestnie do Londyńskiego domu, z którym łączyło go tyle wspomnień. Było bardzo cicho. W pokoju Chłopca nikogo nie było. Gdy zajrzał do sypialni Mamy, do miejsca, w którym obaj tak bardzo lubili przebywać zastał ją leżąca na łóżku. Śpi, pomyślał w pierwszym odruchu. Dopiero po chwili spostrzegł leżące obok niej pudełko po lekach. Puste. W zimnej dłoni tkwił skrawek papieru. Strona z gazety ze zdjęciem chłopca w zielonym kubraczku. Dziecka leżącego na szarym, brudnym chodniku. Napis nad fotografią głosił:

„Death of Peter P. Why did he jump?”

Tags: , ,