
Gdy film się kończy wychodzimy z Żoną z kina a w mojej głowie kotłują się myśli. Jeszcze nieuporządkowane bardzo chaotyczne. Jednak ponad tym spienioną mieszaniną neuronów niesie się głos, z początki chichy ale narastający z każdą chwilą…udało mu się!!!
Mijamy ignorantów którzy oczekiwali po tym filmie kolejnych X-menów. Zawiedzeni marudzą, że mało nie usnęli na filmie. Narzekania facetów skupiają się na „błękitnym ekshibicjoniście”. Przez cgwilę wydaje mi się, że słyszę w tych głosach nutę zazdrości. Brak słów.
Minął dzień. Chyba mogę o tym napisać.
Zak Snyder przenosi komiks niemal kadr po kadrze. Od napisów początkowych - wypisanych czcionką taką jak w komiksie – jesteśmy wprowadzeni w ponury świat strażników. W świat u progu atomowej zagłady. Świat w którym ideały upadły.
Strażnicy są dziełem wyjątkowym czemu dałem wyraz w recenzji komiksu. Reżyser miał przed sobą nie lada wyzwanie. Sprostać oczekiwaniu tych wszystkich ludzi którzy zobaczyli w tym dziele, to co ja.
Do kina szedłem z wielkimi obawami co do ekranizacji. Nie byłby to juz pierwszy raz gdyby ekranizacja powieści obrazkowej była dobra tylko w trailerach. Martwiłem się też, że wymagania mam tak wielkie, że nawet jeśli film będzie dobry to nie będzie dla mnie wystarczające.
Szczęśliwie nie zawiodłem się, a co więcej jeden aspekt tego filmu pozytywnie mnie zaskoczył.
Muzyka. Coś o czym nie myślałem przy czytaniu komiksu. Ciężki klimat świata u progu wojny atomowej został przez reżysera dźwięku potraktowany w sposób ironiczny i momentami prześmiewczy ale przy tym niesamowicie celny. Gigantycznych rozmiarów Dr. Manhatan obracający w perzynę Wietnamczyków przy „Locie Walkirii” i lecące po jego bokach Huey’e sprawiły, że dosłownie wrosłem w fotel po trosze z podziwu po trosze ze śmiechu. „Sound of Silence” ilustrujące pogrzeb komedianta sprawia, że jest to chyba najlepsza scena tego typu jaką kiedykolwiek w filmie widziałem. Po prostu genialne. Takich smaczków jest dużo więcej a nie zamierzam psuć zabawy tym którzy filmu jeszcze nie widzieli.
Kiedy przed premierą uważnie śledziłem newsy dotyczące produkcji bardzo zmartwiła mnie wieść o zmianie zakończenia filmu. Cóż faktycznie zostało ono zmienione jednak szczęśliwie doskonale wpasowuje się ono w klimat komiksu i musze powiedzieć, że jest jeszcze bardziej niepokojące niż to oryginalne.
Najprzyjemniejsze w całym obrazie jest jednak to, że Zak Snyder jest fanem tego komiksu i przeniósł go na ekran z wyczuciem fana. Udało mu się uniknąć spłycania fabuły, nie wycinał drastycznych scen a całość podlał goryczą i dekadencją. Majstersztyk.
W całym tym morzu zachwytów jest tylko jedno „ale”.
Alan Moore stworzył komiks o bohaterach którzy byli tak bardzo nie-bohaterscy, tak bardzo ludzcy, że przez to prawdziwi. Trochę więc zdziwił mnie 74 letni Komediant który chybionymi ciosami przebijał ściany czy wiotka Panna Juspczyk, która swoimi długimi nogami wykopywała przeciwników niczym futbolowe piłki. To tylko drobny szczegół jednak zaprzeczał ich „zwyczajności”, sprawiał, że jednak widziało się w nich nadludzi. Jednak to jest w zasadzie jedyne ale.
Na osłodę dodam, że wszystko inne zrealizowano doskonale.
Pozostaje tylko czekać na wersję reżyserską z tymi wszystkim dodatkami na które w wersji kinowej zabrakło czasu. Już nie mogę się doczekać.
Ci którzy jeszcze nie byli. Marsz do kina.
Na koniec jednak muszę uczciwie musze przyznać, że nie jest to film dla wszystkich. Niestety jest to spowodowane głównie tym, że ekranizacja komiksu jest w Polsce kojarzona z kinem szybkim lekkim i przyjemnym. Ludzie przygotowani na tego typu rozrywkę mogą być zawiedzeni tym, że akcji zbyt mało i efekty specjalne mogły by być lepsze. Osoby które przygotują się na dramat mogą źle odebrać przerysowane postacie czy patenty takie jak „doomsday clock” i całą superbohaterską otoczkę. Niemniej obie te postawy należą do ludzi którzy nie do końca wiedzą na co idą do kina więc kij w oko ich narzekaniom…
Ps. Mam tylko nadzieję, że nie będzie w Hollywood żadnego „geniusza” który zapragnie nakręcić „Strażników 2: Powrót” czy czegoś w tym stylu.
