“Anatomia Szaleństwa”

Posted in Tak zwane wiersze on kwiecień 7th, 2010 by Duncan

Insane by ~sumeco

Zjadłszy zawczasu swój mózg rdzą przeżarty
Rozważam nieśpiesznie lekkość bytu
Spacerującą meandrami spaczonej świadomości
Balansującą rozpaczliwie na skraju światów
W chwili wahania chwytającą krawędź
Jak brzytwa ostrą
Na której słowo Szaleństwo wypisano szkarłatem

Wykuwszy chwilę później swe oczy wypełnione nostalgią
Spoglądam leniwie na abstrakcyjność świata
To monochromatycznie zapadającego się w sobie
To niczym kwiat skąpany w barwach rozkwitającego
By zaraz dać się zniszczyć tym co spoglądają inaczej
Niż świat
Szeol z utęsknieniem czeka na takich jak oni

Oddawszy jakiś czas temu swe uszy tym którzy słuchać nie potrafią
Łudzę się, że nie jestem taki jak oni
Przysłuchuje się kłótniom, potyczkom i swarom
Rozważam znaczenie honoru, godności i dumy
Pustych słów, delikatnych i miękkich
Niczym papier w klozecie
Spłukany w niepamięć kanałów po tym jak się go użyje

Z każdym kolejnym krokiem z wolna zbliżam się do celu
Taplając się radośnie w ludzkiej ignorancji
Na zakręcie niebycia chwytam palcami przestrzeń
Bo to w szaleństwie jest metoda
A na tym pięknym świecie szaleńcy są coś warci
Gdyż tylko im jest dane
Zrozumieć lekkość bytu - rozpostrzeć wolno skrzydła

vet for the insane by =pixellabor

Oto wynik przepracowania, stresu, permanentnego niedospania i wielu innych czynników. Poza tym…to dzięki, że jesteście, długo Was szukałem. To dzięki wam świat wokół mnie jest jaki jest, a ja jestem do niego zdystansowany na tyle aby móc pisać takie bzdety jak to powyżej. Dobra na dziś koniec sentymentów…zmykam spać :)<>(:

Tags: , , , , , , , , ,

Życie a Gry Komputerowe… ;)

Posted in Pokój Wielkiego...Błazna on marzec 4th, 2010 by Duncan

Z racji bycia świeżo upieczonym Tatą i zdobywanie płynącej z tego faktu całej masy nowych doświadczeń zauważyłem duża ilość analogi pomiędzy opiekowaniem się dziećmi, a Grami komputerowymi o charakterze taktycznym.

Podział na klasy jest aż nadto widoczny:

MAMA – Solider – Twardziel z zasobnikami pełnymi Mleka, którym konieczne jest ostrzeliwanie małego brzdąca (opcjonalnie może być doskonałym operatorem ciężkiej butelki z mlekiem). Posiadła w stopniu mistrzowskim takie skile jak przewijanie i przebieranie czy kąpiel. Jest niesamowicie odporna na dźwięki wysokiej częstotliwości jak i ataki biologiczno chemiczne. Typowy Tank. Przyjmuje na siebie główny impet ataku Dziecka i w krytycznej sytuacji jest w stanie przetrwać go samotnie, ale wiąże się to zwykle dużym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym, co skutkuje nękaniem dziecka w późniejszych latach (zwanym potocznie syndromem nie odciętej pępowiny).

TATA – Support  Officer – Jednostka wsparcia operująca w stałym kontakcie z Soliderem. Zapewnia jej zapasy pożywienia i wody. Wykonuje działania pomocnicze jak sprzątanie domu czy mycie naczyń. Czasem nawet gotuje. Zwykle jednak jego zadania polegają na wspieraniu Tanka przy działaniach bezpośrednio przy dziecku – asystowaniu przy kąpieli czy pomoc przy karmieniu bądź przewijaniu. Tata potrafi operować ciężką butelka z mlekiem, ale robi to gorzej od Solidera. Posiada bardzo wysoki poziom skila prowadzenia wózka.

Niestety w oddziałach o słabym morale i luźnej dyscyplinie spotyka się Support Officerów, którzy sprzeniewierzają się obowiązkom i próbują się od nich uchylić zwykle spotykając się z innymi SO i knując przy piwie bądź oglądając w telewizji mecze…też przy piwie.

BABCIA – Medic – Doświadczony weteran, który z niejednym dzieckiem sobie poradził. Zwykle pełna dobrych rad i celnych wskazówek. Ma zdolności wykraczające poza racjonalne rozumowanie. Potrafi uspokajać dziecko dotykiem, warzyć dziwne mikstury czy kojąco wpływać na sytuacje stresowe w zespole. Ma dużą wprawę w operowaniu CBzM i w razie potrzeby może zastępować SO w działaniach pomocniczych.

Należy jednak zauważyć, że jest to najbardziej niejednoznaczna postać w całej „Grze”. Potrafi, bowiem przybrać postać straszliwej Teściowej, zwanej też ironicznie Mamusią. W tej formie ujawnia się skryta chęć do przejęcia wszystkich ról i zdominowania gry. Stara się wówczas odsunąć pozostałych graczy od dziecka lub też sabotuje prace zespołu poprzez udzielanie rad utrudniających pracę.

DZIADZIUŚ – Sniper – zwykle przyczajony obserwuje dziecko by w chwili zagrożenia jednym zdecydowanym wzięciem go w ramiona zażegnać niebezpieczeństwo. Podobnie jak Medic ma zdolność uspokajającego dotyku. Dodatkowo jego specjalnością jest zdolność przywoływania wsparcia z powietrza. Zrzuty zawierają zwykle dodatkowe zabawki i gadżeciki dla maleństwa. Podobnie jak SO potrafi pilotować wózek jednak, gdy to prowadzi pęcznieje z dumy tak bardzo, że może stracić kontrole nad pojazdem i zjechać na manowce. Niska odporność na ultradźwięki oraz ataki Bio-Chem czynią z niego jednostkę raczej nie używana w starciach bezpośrednich jak karmienie czy przewijanie.

Wersja znana, jako teściu vel Tatuś występuję bardzo rzadko. Jeśli już to zwykle celem ich ataków jest Support Officer. Częstokroć jego obecność w takiej formie działa na zasadzie Oficera Politycznego i znacząco podnosi morale.

RODZEŃSTWO RODZICÓW – Enginer – grupa odpowiedzialna za chwilowe wspieranie jednostek głównych oraz zapewnianie wsparcia logistycznego w postaci cięższych zabawek i skomplikowanego sprzętu. Od biedy są w stanie chwilowo zastępować SO ale Soliderzy wola ich nie angażować w działania wsparcia. Niska odporność na stres oraz ataki Bio-Chem sprawiają, że łatwo ich przy takich działaniach stracić.

ZNAJOMI RODZICÓW – Fresh Meat – Statyści używani głównie, jako tarcze strzelnicze dla dziecka. Mało odporni na ultradźwieki oraz pozostałe wyposażenie ofensywne Dziecka zwykle padają przy pierwszym starciu.

DZIECKO – Da Bad Guy/Girll, Da Target – Jest to nasz główny cel i jednocześnie pierwszy przeciwnik. Po mimo niewielkich rozmiarów potrafi być niezwykle niebezpieczny. Pod płaszczykiem słodkiej minki i wielkich szklistych oczków kryje zabójczy arsenał. Atak ultradźwiękowy, który zwykle udaje się stłumić celną serią mleka to nic w porównaniu z chemiczną bomba, jaką ta słodka bestyjka potrafi wystrzelić w pieluchę. Jakby tego było mało niektóre osobniki lubują się w zastawianiu zasadzek. Kiedy nieświadomy niczego Solider rozbraja zaległa w pieluszce kupę zostaje potraktowany atakiem chemicznym w postaci kolejnej kupki tudzież celnego strumienia moczu.

Tags: , , ,

„Stare Zdjęcia”

Posted in Tak zwane wiersze on luty 18th, 2010 by Duncan

Zatrzymany w ciszy nietrwania
Przeglądam stare czarnobiałe zdjęcia
Zamrożone na papierze wspomnienia
W pół zdania urwane myśli
Świat huczy wokół ogromem doznań
Zamykam oczy
Starając się wsłuchać w świata serca bicie
W ciszy nietrwania
W braku słów
Bezsens sensu
Z otaczającego wyłania się gwaru
Pozorny porządek jawi się jako maska
Noszona na twarzy przez chaos
I tylko stare czarnobiałe zdjęcia
Można ułożyć w porządku…


Zawsze piszę na opak.
Dużo mam ostatnio do zrobienia. Czasem za dużo…ale wbrew temu co widać powyżej jestem szczęśliwy jak nigdy.
Ja po prostu tak na opak czasem wyrażam to co w sercu noszę.

Tags: , , , , ,

„Szklane wieże”

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Tak zwane wiersze on lipiec 7th, 2009 by Duncan

Zamknięci szczelnie w domkach z naszych snów zbudowanych
Wielbimy próżnych bogów, co losem naszym grają
W niedorzeczności codziennego życia głęboko zaplątani
Gubimy sens radości i cel
Goniąc za ofiarą dla tych, co z góry spoglądają
Wyzbywając się godności biegniemy w wyścigu
Przed oczyma wciąż mając miraż - nagrodę na mecie
By nie pamiętać o tym, kim byliśmy rzucamy się w wir pracy
Owocami, której kupimy łaskę bogów
Kolejne złudzenie
Otoczeni kokonem cynizmu barykadujemy się w naszych snach
Szukając schronienia przed wiatrem zmian wiejącym z szczytów szklanych wież
Naginającym nas na swą modłę, łamiącym i powoli zadającym nam śmierć
Nim dobiegniemy do mety, nim zakrwawionym szlakiem wejdziemy na szczyt
Wierząc, że tego właśnie chcieliśmy
Uciekamy od siebie samych, których zostawiliśmy za drzwiami dzieciństwa
Giniemy spadając ze schodów, kiedyś takich wielkich.
Przed drzwiami cicho płacze porzucone dziecko
Samotne, zagubione wydarte z czyjejś duszy, aby nie przeszkadzać
Przecież być wiecznie dzieckiem - to nie wypada
Przyciśnięci ciężkim wiekiem naszych trumien, które sobie sami zbiliśmy
Leżymy samotnie śpiewając pogrzebowe pieśni
O tym, jakie było nasze życie.
Pieśni są bardzo krótkie, i bardzo smutne
Bardzo ciche
Szklane wieże wciąż lśnią poznaczone krwawymi szlakami
Niczym kryształowe sztylety wbite w błękit nieba
Choć nas już nie ma to wyścig wciąż trwa
Myślicie, że zrobi dla was wyjątek?
…nie łudźcie się!

Tego, co korporacja robi z człowiekiem nie zrozumie chyba nikt, kto w niej nie pracował. Tak, więc wszyscy Ci, którzy przyglądają się krawaciarzom pełnym litości wzrokiem nie wiedzą za bardzo, co widza. Maja przed oczyma obraz, który sami sobie stworzyli, lecz jest to obraz daleki od rzeczywistości.
Prawda jest, bowiem dużo bardziej wredna, niegodziwa i paskudna niż im się wydaje…

Właśnie skończyłem czytać „Córkę Łupieżcy” Jacka Dukaja. Trudno mi o niej pisać obiektywnie. Przeczytałem ją dopiero raz. To mało jak na książki tego autora. W chwili obecnej wżera mi się ona dopiero w głowę, przepływa przeze mnie i skłania do wielu dziwnych i chwilami niepokojących przemyśleń. Także w aspekcie tego, do czego ja sam zmierzam. Wciąż kłócą się we mnie dwie postawy. Ciągły dysonans pomiędzy tym, co chce robić, a tym, co powinienem robić. W momencie, gdy dotarło do mnie, że mój problem nie jest jeden jedyny i wyjątkowy stało się coś ciekawego. Przez chwile poczułem się jak człowiek, który spacerując swobodnie tysiąc metrów nad ziemią nagle zrozumiał, że nie potrafi latać. Wykonałem wtedy kilka gwałtownych ruchów niczym kojot z kreskówki i zacząłem spadać. Przez chwilę syciłem się tym spadaniem i bardzo chciałem uwierzyć, że nic więcej nie mogę zrobić, a potem poleciałem.
Spojrzałem wtedy na otaczających mnie ludzi. Wszystkich. Ci, którzy mieli cele i potrafili do nich dążyć nie raz robili to, czego nie lubili, co nie sprawiało im przyjemności i nie sprawiało, że byli z siebie dumnie. Jednak świadomość tego, że robią coś by osiągnąć to, czego pragną, a nie siedzą i narzekają jak wokół źle i niedobrze sprawiała, że mogli znieść wszystko.

Zawsze jest wybór. Moim wyborem jest obecnie pracować w miejscu, które zapewni mojej powiększającej się rodzinie spokojny byt. Jak wiele jestem w stanie za to zapłacić? Nie wiem. Na pewno wiele. Gdy na szali ważą się losy osób tak bliskich zmienia się punkt widzenia. Pozostaje wiara w to, że cokolwiek zrobię będzie to coś słusznego. Wiara, że w środku pozostaną sobą…dziękuję Panu za pomoc Panie Dukaj.

…choć są trzy (i pół) osoby, które bardziej od niego zasługują na podziękowania. Jedną z nich jest moje Kochanie. Dwie pozostałe wiedzą, że to o nich…choć jedna może w to nie do końca wierzyć ;P

Tags: , , , ,

Ludzie stanowczo zbyt mi bliscy…

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych on maj 13th, 2009 by Duncan

Wymiana sms’ów po nagłym urwaniu rozmowy telefonicznej - prawdopodobnie z powodu braku zasięgu w górach gdzie Ona przebywa.

On - Ot, góry
Ona - No nie poradzisz…Sterczy taka i ani drginie;)
On - …? A Ty musisz ciągle o seksie!!! ;P
Ona - Jasne, będę brał cię w…stokrotkach i koniczynie :P
On - Jesteś PUSTA! Jak Nosferatu Z kosmosu!
Ona - Nie to nie idę po wódkę i zrobię sobie nalewkę z pokrzywy :P nie dostaniesz na zimę :P
On - I tak bys mi nie dała…nie jestem w Twoim typie :P
Ona - No fakt, ja wolę przeintelektualizowanych, napuszonych, bucowatych wykładowców, najlepiej nieletnich i z dużą pensją :P
On - No tak. Wiedziałem, że tylko wielkość się liczy. To się nazywa przedmiotowe traktowanie ludzi :P

No i tak sobie myślę, że fajnie, że jesteście.

Bogowie obdarowali mnie wspaniałymi przyjaciółmi. Wprawdzie z niewielkimi wyjątkami musiałem czekać za wami trochę czasu ale jak już się pojawiliście to wrośliście w moje życie tak, iż nie wyobrażam go sobie bez Was.

Dzięki Wam wszystkim za to, że jesteście.

Bo moje życie czasem się wywraca, przekręca i rzuca na boki. Głównie za sprawą tego, że zbyt wiele myślę…albo zbyt mało. Szczęśliwie przyszłość ciągle jest w ruchu i nie ważne jak bym się nie wytężał zawsze pojawia się jakaś taka jej wersja na którą nie byłem przygotowany. Dobrze, że wtedy jesteście by mnie z tej rzeki wyciągnąć…dzięki za to. Napisałem, że to jest szczęśliwe…no bo w zasadzie gdyby tego nie było to by się żyło strasznie nudno. Heh. Fajnie mi…mam cudowną żonę, wspaniałych przyjaciół, kochającą rodzinę, liczne pasje i zainteresowania i nawet…pracę na którą mogę narzekać ;)

Tak zdecydowanie mi fajnie…

Martwi mnie tylko trochę, że czasem praca wywiera na mnie zbyt wielki wpływ. Bo korporacja naprawdę ryje w głowie. Narzucany w „garniturkowie” sposób myślenia powoli ale uparcie przesącza się do mózgów…niczym Borg. Prędzej czy później każdy pracownik zostanie zasymilowany. No prawie każdy…legenda głosi, że nad samym morzem jest taka mała kamienica otoczona przez trzy korporacyjne biurowce. Mieszkańcy tej kamienicy dzielnie stawiają opór krawatom. No, ale to temat na inną opowieść ;)

Dzięki…nie będę was wszystkich wymieniał. Jest Was niewielu, a poza tym i tak wiecie, że to o Was…

Tags: , , ,

“Serce”

Posted in Tak zwane wiersze on luty 3rd, 2009 by Duncan

Świat zafalował wokół mnie
Otoczony fragmentami rozdartego genomu łkałem
Gdzieś na skraju świadomości błąkał się głos
Gdzieś w mojej głowie rozbrzmiał obcy śpiew
Czarna smolista muzyka oblepiała mnie od wewnątrz
Była mną lecz ja nie byłem nią
Energicznie odbiłem się od pustego statku który przepłynął pode mną
Na chwile wybiwszy się ponad spieniony nurt ściekowiska nabrałem w płuca powietrza
Oczy piekły gdy otworzyłem je pod powierzchnią
Świat zafalował wokół mnie
Po jakimś czasie można się przyzwyczaić do piekących oczu
Wokół błąkały się dzieci, programowane przed narodzeniem
W powietrzu słychać było pytanie
Czy ma być prawnikiem czy może lekarzem, a może wybitnemu sportowcem
Głosy w mojej głowie śpiewały upiorne pieśni
Czarna smolista muzyka wyciekała ze mnie
Teraz oblepiała na zewnątrz
Serce trzepotało w piersi…po niewłaściwej stronie gotowe wyrwać się z klatki
Gotowe w świat gdzieś odfrunąć
Czarna lepka maź zastygła niczym pancerz
Zamarłem
Nade mną spieniony nurt ściekowiska niósł stertę śmieci kanałami milczącego miasta
Każdy w mieście zarabiał w ciszy pieniądze
Kłamał, zabijał niszczył.
Gwałcił i poniżał…za garść okruchów z Pańskiego stołu
Serce wściekle trzepocząc się w czarnej piersi zamarło…i pękło na milion kawałków
Odfrunęło trzepocząc wściekle przedsionkami
Skorupa pękła wraz z nim
Pękł czarny pancerz
Od kogoś pode mną odbiłem się w górę
Ku spienionemu nurtowi rzeki
Na brzegu przywitał mnie wilk
Szary o oczach nieskończenie starych i tak samo mądrych
On poprowadził mnie w głąb starej puszczy
Tam gdzie me serce uciekło z klatki…

ΞΟΞ

Heh… nie ma gorszego Wampira nad korporacje. Wyssa do ostatniej kropili krwi i nawet nie zrobi tego w przyjemny sposób…

Tags: , , , ,

Wesołych??…świąt

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Rozdroża on grudzień 26th, 2008 by Duncan

When snow pada na trotua
And the children happy are,
When slizgawka on the street,
And we all a grzaniec need,
Then you know, to wydarzenie:
it’s Boże Narodzenie.
All parkingi sa zajęte,
People jeżdża jak najęte,
Tesco, Karfur, Hypernova,
Goraczka przedzawałowa
Shopping choinkowe things
And the Christmas bell rings.
Merry Christmas, merry Christmas,
Hear the music, enjoy ten czas,
Wesołych Swiat, wesołych Swiat,
Merry Christmas, pozdrawiam Was…
Mother in the kitchen bakes
Sernik, piernik, śledzie makes
Daddy zaś w living pokoju
Choinkę nam stawia w znoju
He is hanging bombki szklane,
Where drabina he dostanie…
Finally rodzinka cała
W living room’ie się zebrała
Now sings the happy family
“Oh, what a wonderful christmas tree”
And in the house każdy zajęty
Roz-packing swe cud prezenty.
Merry Christmas, merry Christmas,
Hear the music, enjoy ten czas,
Wesołych Swiat, Wesołych Swiat,
Merry Christmas, pozdrawiam Was…
Mama ukryta finds pod choinkę
Patelnię z teflonu i nowa szminkę,
Tata gets socks and new krawatkę,
Children zabawki i shirts na dokładkę.
Prezydent speaks potem on TV,
Wszystko around in harmony…
…póki się mother do kitchen nie udała i wielki fire w piecyku ujrzała.
And so comes brave straż pozarna,
Na wszystko ready i bardzo ofiarna
And they bring very long węże
I drabiny swe potężne
otwarli zawory i water aż chlupie,
Christmas is tera na pewno w …..
Merry Christmas, merry Christmas,
Hear the music, enjoy ten czas,
Wesołych Swiąt, wesołych Swiat,
Merry Christmas, pozdrawiam Was…

Dziwne te święta.
22 grudnia po długiej i wyniszczającej walce z chorobą odszedł Ozzy - kot z pieprzykiem.
Było dużo łez…
Była też świadomość, że zrobiliśmy wszystko co mogliśmy. Była świadomość, że miał dobry dom i mieszkał z ludźmi którzy go kochali. To pomogło, ale tylko trochę…było dużo łez.
Po drugiej stronie mostu jest rzeka która według legend pełna jest mleka. Wyskakują z niej ryby prosto do kocich misek. Na łąkach zielonych pasą się puszki z żarciem które otwiera się jednym machnięciem łapy. Pod miotłami mieszkają myszy, które zawsze chcę się gonić a inne koty zawsze są skore do zabawy…za tęczowym mostem w Valhalli dla mężnych kotów.
Świadomość tego pomaga…

Kolejne dni upłynęły pod znakiem pierwszej wigilii w Poznaniu. Było dużo śmiechu, ciepła radości. Była świadomość, że życie może być wspaniałe, że mam piękną żonę, cudowną rodzinę oddanych przyjaciół i jestem szczęśliwy…dziękuje wam wszystkim za to, że tak jest.

Święta upłynęły zatem pod znakiem kontrastów. To chyba pozwala mi w pełni docenić ich piękno…

Ps. Na górze jest powtórka sprzed roku. Autor nieznany. Niestety nie ja :)

Tags: ,

Jarmark Aniołów

Posted in Rozdroża on grudzień 8th, 2008 by Duncan

Była zimna grudniowa niedziela. Ludzie tłoczący się na wewnętrznym dziedzińcu klasztoru Dominikanów przyszli na Jarmark aniołów. Można się tam było napić ciepłej herbaty posilić pysznym piernikiem czy wesprzeć świątynie kupując liczne związane z aniołami pamiątki. W powietrzu unosił się mikołajkowy nastrój. Dzieci się śmiały, a sprzedawcy z uśmiechem zachwalali oferowane towary.
Do jednego ze stoisk podszedł długowłosy mężczyzna. Miał na sobie ciepły zimowy płaszcz do pół uda. Starannie przycięte czarne włosy opadały mu na ramiona. W dłoniach trzymał papierowy kubek z gorącą herbatą. Mężczyzna dmuchał na napój i pił go ostrożnie małymi łykami. Sprzedawca uśmiechnął się do niego promiennie.
- Mogę w czymś pomóc - spytał przymilnie - mamy duży wybór obrazów i figurek z aniołkami. O proszę to na przykład Archanioł Gabriel.
- Ale Gabriel tak nie wygląda - powiedział spoglądając pogodnie na sprzedawcę swoimi fioletowymi oczyma - rozmawiałem z nim wczoraj zanim przysłał mnie tutaj - w jego głosie słychać było dziwną drażniącą nutę.
- Spieprzaj stąd łachmyto - syknął sprzedawca. Jego twarz stężała, spojrzenie zatrzymało się na wiszącym na szyi srebrnym pentagramie, a głos wyrażał absolutną pogardę - myślisz, że wstawisz sobie w oczy świecące szkła, słuchasz tej swojej bluźnierczej muzyki i oddajesz cześć diabeł jeden wie, komu to możesz sobie kpić z boga i jego aniołów. Wynoś się stąd, to święte miejsce nie dla takich jak ty.
- Obawiam się, że niewiele tu już pozostało świętości - odparł uśmiechając się mężczyzna.
- Precz! - krzyknął sprzedawca wskazując palcem bramę. Błysnął flesz. Mężczyzny nie było.

- Dziwne - powiedziała dziewczyna wychodząca przez klasztorną bramę.
- Co dziwne? - Spytała jej idąca obok przyjaciółka.
- a nic. Po prostu jakiś refleks świetlny spaprał zdjęcie, na którym ten sprzedawca wyganiał kolesia w płaszczu - powiedziała spoglądając na wyświetlacz swojego aparatu - Szkoda, że tak szybko się zmył. Fajny był.
- Fakt - zachichotała przyjaciółka - naprawdę fajny.

Gabriel stał na okalającym dziedziniec dominikanów murze niewidoczny dla ludzkich oczu. Stojący obok mężczyzna w płaszczu małymi łykami popijał herbatę.
- Mówiłem ci przyjacielu - powiedział długowłosy - jakby Pan wysłał Syna w tych czasach to też by go zabili.
- Pewnie, dlatego odszedł - głos Gabriela był pełen goryczy
- Może, więc jednak to nie my zawiedliśmy go najbardziej. Obaj rozwiali się na wietrze.

Tags: , ,

Duncyk znowu ględzi o oczywistych oczywistościach ;)

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych, Pokój Wielkiego...Błazna on grudzień 4th, 2008 by Duncan

Kochałam, On mnie rzucił, Płaczę, Cztery lata…AAAAAA!!!! Czy Ty to FEEL[1]!!! Plus „Winna” Chylińskiej na dokładkę…

Panie:

Tak się zastanawiam, co się dzieje z polską muzyka rozrywkową. Włączam radio i co rusz słyszę teksty o tym jak ona kochała, jak ją rzucił i jak już cztery lata płacze i rozpacza. Nie wiem, kto pisze tym ludziom teksty, ale ile można w kółko o tym samym. W co drugiej piosence słychać ten sam żałosny szloch, który ukazuje kobiety jako słabiutkie, płaczliwe stworzonka, które nic tylko płaczą po tych złych facetach, co je zostawili. Żeby to, chociaż było dobrze zaśpiewane, ale słychać tylko podretuszowane wycie.

Ostatnio po raz drugi w życiu wpadła mi w odtwarzacz płyta Agnieszki Chylińskiej „Winna”. O ile za pierwszym razem jakoś do mnie nie przemówiła to teraz odebrałem ją zupełnie inaczej. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do jej wartości muzycznej, ale tekstowo było to o klasę niżej niż O.N.A. Tyle tylko, że w tekstach z tej płyty słychać wyrażony prostymi i niekiedy chamskimi słowy ból i żal. Słychać młodą dziewczynę, która cierpi i która w swym cierpieniu może jest wulgarna i prostacka, ale przynajmniej autentyczna. Te wszystkie wyjące delikatne wypłosze brzmią przy niej jak stado klakierów. Agnieszka Chylińska, choć wówczas skreślona przez krytyków przekazała w tej płycie to, co chciała. Teksty są wulgarne, proste, pełne ślepego gniewu i pasji. To właśnie ta pasja sprawia, że można faktycznie uwierzyć w to, co śpiewa. Bo w kolejne śpiewane tak samo jak tuzin poprzednich cztery lata nie wierze.

Panowie:

Do stada wyjących wilków dołączył też zespół Milenium Bank FEEL, który stał się moim zdaniem ofiarą własnego sukcesu. I nawet nie chodzi tu o kiepskie teksty. W końcu nie każdy, kto słucha muzyki domaga się czegoś na miarę Kaczmarskiego czy Stachury. Chodzi o to, że Feel’a jest wszędzie pełno. Straszą z billboardów, wyją w radiu, reklamują w przerwach filmów i wyskakują z banerów w internetowych przeglądarkach. Naprawdę przysięgam, że wczoraj zanim otworzyłem puszkę sardynek słyszałem ze środka, że „(…)jest już ciemnooooo”.

Fajnie, zespół jest lubiany, świetnie się sprzedaje, ale czy to co się dzieje to nie lekka przesada? Oczywiście sprytni marketingowcy już niedługo uraczą nas kolędami w wykonaniu Feela nowym show „Tańczący z Feelami” czy innym „You Can Feel” lub „Bądź moim Feel’em”. Wszystko to jednak jest tylko odgrzewaniem kotleta, ponieważ zespół wypłynął na szerokie wody w połowie 2007 roku i do teraz nie uraczył nas niczym nowym. Zapewne liczne trasy koncertowe i udział w spotach reklamowych utrudniają prace nad nowym materiałem. Nie mniej po takim debiucie spodziewałbym się czegoś, co ugruntuje pozycje zespołu.

Tak czy siak niezależnie czy kolejna płyta będzie dobra czy zła i tak sprzeda się rewelacyjnie, bo masowy konsument kupi w ciemno to, co będzie dostatecznie dobrze rozreklamowane. Ot siła reklamy i potęga marki. Maszynka się kręci.

Podsumowanie:

No i dotarł do nas zachód. Z radia, kina i billboardu atakują nas gwiazdy gwiazdki i gwiazdeczki. Większość z nich wpadła w sidła marketingu i nawet, jeśli chcieli grać coś swojego to teraz juz nie mogą. Musza robić kasę i grac to, czego chce od nich publika. Stara reklama Forda z początku ubiegłego wieku głosiła, że możesz dostać forda w każdym kolorze pod warunkiem, że jest to kolor czarny. Teraz tak samo jest z muzyką, jedzeniem, kosmetykami. Próbujesz iść własna drogą to wypadasz z gry. Ot sorry reguły rynku są twarde i brutalne. Reguły rynku są tworzone przez ludzi. Czasem wydaje mi się, że myślenie wyszło juz z mody, że indywidualność przestała być trendy…staliśmy się masą. Bezwolną i tępą, na którą można wpływać dzięki prostym sztuczkom.

Na szczęście niektórzy jeszcze myślą…jeszcze nie mogą być za to aresztowani. Są tylko dziwni, ale do tego można się przyzwyczaić…

ΞΟΞ

[1] Dziękujemy Milenium Bank Polska za możliwość pokpienia z ich ulubionego baneru reklamowego z załączoną opcją śpiewu ;)

Tags: , , ,

Szufladki i mnóstwo patosu…

Posted in Duncyk o rzeczach oczywistych on listopad 19th, 2008 by Duncan

„Szpilka”

Ktoś wbił mi w oko szpilkę i przegląda się w Jej łebku
Jak lustro w lustro wpatrzone wciąż widzi kopie siebie
Każda mniej szczegółowa, mniej wyraźna, bardziej obca
Szpilka sprawia ból
…sprawia, że widzę to, co chce widzieć
Odbicie siebie w odbiciu siebie w łebku od szpilki
Płaczę
Szpilka rdzą się pokrywa, koroduje
Obraz coraz bardziej ogólny, widziany z daleka
Obraz siebie bliższy doskonałości
Obraz uogólniony
Obraz siebie bliższy temu, czego nie chce widzieć
Obraz wpasowany w ogólny schemat
Obraz widziany z daleka
Szpilka pęka z trzaskiem brzmiącym jak krzyk dziecka
Połamane skrzydła wyprężają się w agonalnym zrywie
Czarna krew bryzga wokół
Miała być błękitna
Jak łza która wypłynęła z oka
Jak łza która złamała szpilkę
…tą wbita w oko
Znów płaczę
Zamiast łez na ziemie płyną z oczu wątpliwości
Wahanie
Czy to co widziałem w łebku od szpilki
Było jawą, snem, pragnieniem, ułudą
Czy może prawdą w którą nie chce wierzyć
Szept gdzieś z za widnokręgu
Uśmiecham się
…idę do Niej

Każdy jest inny…zawsze byłem wrogiem szufladkowania. Nie zmienia jednak to faktu, że jeśli spojrzy się na masę kolorowych i indywidualnych ludzi z odpowiedniej odległości i z pewnej perspektywy to widzi się szarą masę. Pewne uogólnienia sprawiają, że można nas szufladkować. Owszem spłyca to Nas. Jednak do pewnych celów, badań czy do poczynienia pewnych założeń potrzebne jest spłycenie…zwłaszcza wtedy kiedy badający ma w dupie naszą głębie ;)

Istnieją na świecie fabryki robotów. Dres Code, dyscyplina organizacyjna, rutyna. To wszystko bazuje na statystycznym uogólnieniu, na pokazaniu tego co jest standartowe i akceptowalne przez ogół będący grupa targetową. Przystając do organizacji bądź społeczności nastawionej na generowanie zysków musimy się dopasować do jej wymogów.

Czy zatem jako szary pracownik wielotysięcznej firmy generującej miliardy złotych zysku (rocznie rzecz jasna), jako pracownik kapitalistycznego bezdusznego i nastawionego na zyski molocha zatracam własną odrębność?

Istnieją na świecie fabryki robotów…nie do końca. Fabryki tworzą, a to co możemy nazwać fabrykami – uczelnie, firmy, organizacje – tylko przerabiają coś co już było. Takie „Pimp my life style”. Co oczywiste jednostka taka może być „odPimpowana” na każdy możliwy kolor pod warunkiem, że jest to kolor szary (Patrz sprzedaż AT-AT czy AT-ST i innego imperialnego walkerstwa). Ciekawym aspektem tej „przemiany” jest to, że wraz z malunkiem wtłacza się w takiego delikwenta przeświadczenie o swojej wyjątkowości. Ponadto wpaja się mu/jej wiarę, że pogłębianie swojej szarości i wpasowywanie się w diagram i schemat i stertę tabelek i plan wynikowy (ten naliczany kwartalnie) sprawi, że będzie on bardziej wyjątkowy.

Szczęśliwie nie wszyscy są na to podatni.
Część cierpi nie mogąc się przystosować i się w końcu wypala.
Ci najszczęśliwsi potrafią podzielić swe życie…
Mimikra jest kluczem do przetrwania. Problem polega tylko na tym, że Ci najbardziej zasymilowani wierzą, że tak naprawdę są kolorowi. Nie zauważają, że tak naprawdę pozostają szczurami w wyścigu. Zamiast medalu na mecie dostają w prezencie od firmy zawał no i może ładny pogrzeb (oczywiście jeśli zrealizowali plan). Jak odróżnić czy jest się wolnym czy tylko w wolność się wierzy?
Nie wiem. Sam może tylko wierzę, a może jestem wolny. Nie obchodzi mnie to do póki jestem szczęśliwy i do póki to co daje mi praca pozostaje tylko środkiem do celu a nie samym celem.

Jestem w szufladce. Ktoś mnie zbadał, zmierzył, ocenił i przeliczył. Wyszła mu z tego sterta wykresów, opasłe tomisko tabel, karton diagramów i kupa tekstu, który i tak nie opisze kim jestem a tylko tego kogo badacz chciałby zobaczyć…mam więc prośbę.
Wynocha z mojej szuflady!!!
Tu jest miejsce dla mnie i moich bliskich :)

Dzięki, że jesteście…to właśnie dzięki Wam jestem kim jestem!

Tags: , , , ,