O dziewczynce, która śniła się innym dzieciom…
Posted in Rozdroża on styczeń 6th, 2010 by DuncanSpotkanie 1.
Mam już zaczynać. Nie? Dobrze poczekam. O, będzie Pan nagrywał. No tak standardowa procedura. Oczywiście. Już mogę? Na pewno chce pan wszystko od początku? Jak Pan uważa. Proszę, zatem słuchać uważnie:
Wszystko zaczęło się, kiedy miałem siedem lat. Był wrzesień, początek szkoły. Czas, w którym dopiero poznawaliśmy inne dzieci z klasy. Wszystko było takie czyste, spontaniczne i swobodne. Nie czuło się presji, pod jaka działają dorośli. Liczyło się tylko to, aby się dobrze bawić. Owszem, był stres i nerwy związane z pierwszymi dniami w szkole, ale było to jakieś takie naturalne. Nie przeszkadzało, przynajmniej za bardzo. Może teraz z perspektywy czasu idealizuje ten okres, ale wydaje mi się, że właśnie tak było. Idealnie. Nie to złe słowo. Raczej idyllicznie.
Doskonale pamiętam dzień, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. Dołączyła do naszej klasy później, ponieważ jej rodzice przeprowadzili się z innego miasta. Miała długie ciemne loki, jasne błyszczące oczy, śliczną twarz i uśmiech, który sprawiał, że chłopakom robiło się gorąco. Jak szła to cały świat zdawał się patrzeć tylko na nią. Chyba już wtedy się zakochałem. Tak od pierwszego wejrzenia. Zalało mnie uczucie, którego nigdy dotąd nie znałem, które sprawiało, że jej uśmiech towarzyszył każdemu słowu i każdej mojej myśli. Miała na imię Laura.
Kiedy myślę o tych dniach z obecnej perspektywy widzę biel. Dlaczego? Ponieważ kolor ten kojarzy mi się z czystością, nieskalaniem. Nawet teraz, gdy wszystko wokół jest w tym kolorze. Nie to nie było ironiczne. Po prostu wszystko wróciło z powrotem do tego jak było dawniej. Bo ona sprawiła, że biel zabarwiła się czerwienią. Kolor miłości, ale tez kolor krwi. Laura sprawiła, że serca wielu z moich kolegów biły szybciej. Koleżanek też, ale to było dużo później. Potrafiła jednak też sprawić, że serca te zamierały. W przenośni. Chociaż także i w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Często o niej śniłem. Byłem zbyt nieśmiały, aby podejść do niej i porozmawiać, zatem zostawały mi tylko sny. W niektórych byłem potężnym wojownikiem z komiksów, które kupował mi tata. Ratowałem ją wówczas z ciemnych lochów czy wysokich wież pokonując przy tym masę przeciwników. W innych byliśmy parą niczym z tandetnych plakatów mojej siostry. Spacerowaliśmy razem po plaży i objęci patrzyliśmy sobie w oczy a za nami zachodziło słońce.
Po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie jestem jedyny. Chłopaki nie chwalili się tym otwarcie, ale czasem wymykało im się, że też o niej śnią. Na początku nie rozumiałem dlaczego wzmiankom o tych snach niemal zawsze towarzyszyło zakłopotanie. Wydaje mi się, że moje niezrozumienie brało się z tego, że ją kochałem. Dopiero później zacząłem jej pragnąć i wtedy zrozumiałem skąd to ich skrępowanie. Choć po prawdzie to się dziwię. W końcu nie było w tym nic wstydliwego. Wtedy o tym nie myślałem. Teraz jednak widzę, że były to pierwsze oznaki społecznych pęt, które coraz ciaśniej nas krępowały.
Laura oddziaływała silnie na wszystko wokół. Choć byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi to wokół niej i tak zawsze kręciło się sporo starszych chłopaków. Muszę przyznać, że choć Laura pozwalała się adorować to zawsze trzymała bezpieczny dystans. Sprawiała przy tym pełne klasy wrażenie, że w stu procentach kontroluje sytuacje. Faktycznie tak było. Podobnie było z nauczycielami. Dzięki świetnym stopniom i wzorowemu zachowaniu szybko stała się ich ulubienicą. Stawiano ją za wzór do naśladowania. Świat jest jednak taki, że tego rodzaju osoby zawsze mają wrogów. Nie mam tu na myśli osób z przeciwnej strony skali. One tylko prześmiewały się bagatelizując kolejne sukcesy Laury. Prawdziwym oponentem były osoby, które pretendowały do pozycji lidera, a nie godziły się na życie w jej cieniu.
Bliźniaczki Ania i Basia skupiły wokół siebie grupę dzieciaków, które z jakiś powodów reagowały na Laurę skrajnie inaczej od jej adoratorów. Pomimo moich uczuć starałem się jednak trzymać poza obydwoma grupami. Za bliźniaczkami nie przepadałem, a dla otoczenia Laury byłbym jedynie obiektem żartów i kpin. Dlaczego? Bo byłem biedny. No może nie całkiem biedny, ale moi rodzice byli zwykłymi urzędnikami i nie mogłem sobie pozwolić na markowe ciuchy czy bajeranckie gadżety. Ot takie już jest życie. Nie, nie miałem o to do nikogo pretensji. Tylko irytowało mnie, że jestem dla nich kimś gorszym z tego tylko powodu, że moi rodzice maja mniej pieniędzy. Ja przynajmniej znałem ich wartość. Od kiedy tylko mogłem starałem się jakoś zarabiać. Roznosiłem gazety czy pomagałem w myjni wujka Arnolda. Nie interesowało mnie jednak kupowanie metkowanych ciuchów czy nowiutkich komórek. Miałem za to pokaźną bibliotekę. Co prawda nie mogłem tym szpanować przed…jakie to były książki? Takie, jakie czytają dzieciaki w podstawówkach. Wie pan? Przygodowe, fantastyczne trochę o piratach i kilka kryminałów. Nie, nie korzystałem z bibliotek. Miałem…mam coś w rodzaju mani posiadania. Wypożyczenie książki mnie nie zadowalało. Musiałem ją mieć.
W każdym bądź razie nie o tym miałem mówić. Na czym to ja skończyłem? Już pamiętam! Tak, więc pomiędzy tymi dwoma grupami wyraźnie iskrzyło. Jak już wspomniałem wcześniej ja stałem z boku. Dzięki temu mogłem w spokoju przyglądać się całemu konfliktowi. Początkowo byłem zaskoczony tym, że obóz Laury nie wykazuje jakiejkolwiek aktywności. To dzieciaki skupione wokół bliźniaczek przejmowały inicjatywę. Związane sznurowadła w szatni, pinezki na krzesłach, guma do żucia, która przypadkiem wpadła we włosy jednej z dziewczyn. Wszystkie te przykrości spadały na dzieciaki stojące za Laurą. Te zdarzenia nasiliły się w połowie drugiej klasy. Wtedy chyba do końca straciłem wiarę w niewinne dzieciństwo. Choć nie. Tak naprawdę straciłem ją pół roku później, gdy po raz pierwszy śniłem wspólnie z Laurą.
Zastanawiałem się, dlaczego Ani i Basi udało się oprzeć urokowi Laury. Ich siła tkwiła w tym, że były bliźniaczkami. Wszystkie bliźnięta są niezwykłe. W przeciwieństwie do większości ludzi bliźniaki oddziaływają na siebie nawzajem wzmacniając się i czyniąc silniejszymi. Podejrzewam, że Ania i Basia miały podobne możliwości do przykuwania ludzkiej uwagi jak Laura. Tyle tylko, że one nie były tego daru świadome. Laura była, a co więcej była również świadoma tego jak wielkim zagrożeniem są dla niej dziewczynki. Dlatego gdy nikt nie widział ona działała.
Pierwszy raz Laura zabrała mnie ze sobą, gdy odwiedziła Nikodema. Najlepszego kolegę dziewczynek. Niki śnił, że jest poszukiwaczem skarbów. Szedł po wąskich kamiennych kładkach rozpiętych nad bezdennymi przepaściami. Na końcu drogi znajdował się prastary ołtarz, na którym spoczywał olbrzymi czerwony kamień. Niki szedł bardzo ostrożnie strącając w ciemność kurz i kawałki skał, które trzeszcząc odpadały od skalnych pomostów. Gdy wreszcie dotarł do ołtarza stanął nad nim i ostrożnie wziął zdobycz do ręki. Nieoczekiwanie kamień zapulsował w jego dłoni zamieniając się w bijące ludzkie serce. Za jego plecami stanęła Laura, w jej piersi ziała dziura. Dziewczynka wyciągnęła dłonie po bijący organ i prosiła chłopca by oddał jej serce. Nikodem zawahał się chwilę a ona spytała, dlaczego taki jest. On wrzasnął na nią, że jest złą i podłą jędzą, która tylko udaje grzeczną a tak naprawdę chce kontrolować wszystkich wokół. Wtedy Laura uśmiechnęła się paskudnie pokazując garnitur ostrych niczym obsydianowe noże zębów. Jej oczy całe zrobiły się czarne, a na palcach wyrosły szpony. Tak uzbrojoną dłonią chwyciła przerażonego chłopaka za gardło i powiedziała, że ma się odpierdolić od dziewczynek, bo inaczej załatwi go tak, że rodzona matka go nie pozna. Powiedziała, że teraz jest Jej, a jeśli nie chce to będzie, co noc go zabijać aż wreszcie umrze naprawdę.
Gdy rano przyszedłem do szkoły zauważyłem, że Nikodem trzyma się z grupą chłopaków adorujących Laurę. Na początku uznałem to za zwykły zbieg okoliczności. Kilka dni później przyśniło mi się jak Laura pali włosy Dominice, która była jedna z najbliższych przyjaciółek Ani. Dziewczynka była sama w zaułku. Jej piękne jasne włosy płonęły żywym ogniem. Wybiegła na ulicę gdzie chodnikiem szli ludzie i błagała o pomoc w ugaszeniu pożaru, który nie wiedzieć, czemu wciąż płonął. Wszyscy ją ignorowali. W tłumie minęła ją Ania i Basia. Gdy uczepiła się jednej z nich została kopnięta w twarz i obrzucona wyzwiskami. Nieoczekiwanie podeszła do niej Laura i jednym gestem stłumiła ogień. Z głowy Dominiki płatami schodziła poparzona skóra. Laura powiedziała, że jeśli z nią pójdzie to odzyska swe włosy. Dominika spytała, co się stanie, jeśli nie pójdzie? Wtedy znikąd pojawiła się Basia i ponownie kopnęła ją w twarz a Laura ze stoickim spokojem powiedziała, że będzie cierpieć ten sen i to upokorzenie, co noc. Nigdy nie lubiłem Dominiki. Kilka dni wcześniej wyzwała mnie od żałosnych biedaków, więc po cichu miałem nadzieję, że odmówi. Niestety strach zrobił swoje. Snem się nie przejąłem, ponieważ zrzuciłem to na karb mojego negatywnego stosunku do dziewczyny. Nie zmieniło to faktu, że w krótkim czasie Dominika zupełnie odcięła się od bliźniaczek. Śniłem o każdej osobie, która do końca trzeciej klasy opuszczała szeregi towarzystwa dziewczynek. Nikt nigdy słowem nie zdradził czy to, co widziałem w snach faktycznie też im się przyśniło czy było tylko wytworem mojej wyobraźni. Pewność zyskałem dopiero kilka lat później.
Im mniej ludzi trzymało się z dziewczynkami tym bardziej agresywne i zajadłe były ich ataki. Gdy w połowie trzeciej klasy pozostała przy nich już tylko garstka dzieci Ania przewróciła Laurę i zaczęła ją bić. Gdyby nie moja interwencja pewnie zrobiłaby jej krzywdę a tak skończyło się tylko na krwi z nosa. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Laury. Zagościł na niej najbardziej drapieżny uśmiech, jaki w życiu widziałem. Uśmiech ten jednocześnie mnie przerażał i sprawiał, że chciałem ją chwycić w ramiona. Chciałem pomóc jej wstać, ale ubiegł mnie Jakub - klasowy super-sportowiec - jeszcze na mnie warknął, że przez moją ślamazarność Laura ma rozbity nos. Ona odpowiedziała, że on też nie zdążył i spojrzała na mnie wzrokiem, który sprawił, że nogi się pode mną ugięły po czym nazwała mnie swoim rycerzem. Niestety wywołało to efekt odwrotny do zamierzonego - a może właśnie taki jak chciała - gdyż towarzystwo wokół wybuchło śmiechem. Zlekceważona przez wszystkich Ania oddaliła się z płaczem. Niecałą godzinę później wylądowaliśmy wszyscy u dyrektorki. Pani Jakowlew, która była nauczycielką fizyki przepytała nas z wprawą oficera śledczego po czym kazała dziewczynkom zostać i poczekać na rodziców. Ania płakała cały czas powtarzając, że Laura je prześladuje. Wtedy dopiero uważniej się jej przyjrzałem. Była wraz z siostrą niezdrowo blada, miała podkrążone oczy. Obydwie był tez bardzo chude. Kilka dni później szkołę obiegła wieść, że obydwie dziewczynki mają anoreksję. Odchudzały się wierząc, że dzięki temu będą równie popularne jak Laura.
Dwa dni później obydwie dziewczynki przyśniły mi się żeglujące z ojcem po jeziorze. Nagle od strony brzegu zerwał się silny wiatr. Jakby na przekór temu otaczająca łódź woda wygładziła się niczym lustro. Niebo pokryły ciężkie ciemne chmury. Od strony brzegu szła ku nim Laura. Stąpała lekko po lustrzanej powierzchni jeziora a szalejący wokół wiatr rozwiewał jej włosy upodabniając ją do jakiejś dawno zapomnianej bogini gniewu. Jej twarz wykrzywiał brzydki - choć na swój sposób piękny - drapieżny uśmiech. Nieoczekiwanie z wody wynurzyły się nienaturalnie długie białe ręce. Niektóre z nich miały po trzy i więcej łokci. Ich skóra była nadgniła i odpadała od mięśni. Przerażone dziewczynki skuliły się przy ojcu, który bohatersko tłukł wokół wiosłem. Koszmarne ręce drapały o drewniany pokład gubiąc paznokcie i rozsiewając wokół odór śmierci. W pewnym momencie udało im się chwycić mężczyznę i pomimo, że córki trzymały go za nogi, wciągnąć pod powierzchnie wody. Gdy tafla jeziora zamknęły się nad nim wciąż walczył, jednak czarna toń pochłonęła go bez reszty. Gdy odszedł ręce zniknęły. Laura stała na dziobie żaglówki. Spojrzała na dziewczynki i oznajmiła im, że to koniec. Po chwili spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczyma i uśmiechnęła się delikatnie po czym podziękowała za pomoc. Mimo makabrycznego wydźwięku snu byłem przepełniony miłością.
Następnego dnia dowiedziałem się, że ich ojciec utonął poślizgnąwszy się w wannie. Tragiczne, nie uważa pan? Wtedy po raz pierwszy ze zgrozą i muszę przyznać jednoczesną fascynacją pomyślałem, że to, co śnię faktycznie jest prawdą. Ojciec bliźniaczek nie był sympatycznym człowiekiem. Był arogancki i gwałtowny. Wtedy te myśli pozwalały mi nie patrzeć na siebie jak na współwinnego tej śmierci. Jednak gdzieś w głębi tak właśnie się czułem. Jak morderca.
Oczywiście. Mogę tu przerwać. Jak rozumiem jutro będziemy kontynuować? Bardzo się cieszę. Harold pana odprowadzi. Do zobaczenia.
Spotkanie 2.
Witam znowu. Oczywiście. Niech Pan rozłoży swój sprzęt, a ja naleję wody. Też pan chce? Rozumiem. Już mogę mówić. Dobrze. Z tego, co pamiętam skończyliśmy na śmierci. Wypada więc kontynuować historie od tego momentu.
Dwa tygodnie po wypadku zaczęły się wakacje. Bliźniaczki bardzo przeżyły śmierć ojca. Z tego, co wiem kilka miesięcy spędziły w zakładzie zamkniętym i wciąż boją się otwartych zbiorników wodnych. W trakcie wakacji po raz pierwszy rozmawiałem z Laurą we śnie. Owszem wcześniej śniło mi się, że ją ratowałem czy, że spacerowaliśmy wspólnie, ale nigdy nie rozmawialiśmy. Powiedziała mi wtedy, że jestem niezwykły. Twierdziła, że podobnie jak ona potrafię wkradać się w sny innych ludzi. Pamiętając o wydarzeniach powiązanych z innymi moimi snami uznałem, że mówi prawdę. Bo w zasadzie, dlaczego nie. Czułem się wtedy taki ważny, taki wyjątkowy. No, bo przecież, jakie dziecko nie chce być superbohaterem. Każde chce. Prawda? W każdym bądź razie ja chciałem. I to bardzo. W dodatku ona przestała mnie ignorować. Rozumie pan? ONA. Moja wyśniona dziewczyna.
Przez wakacje śniłem wraz z nią tak, co dwa trzy dni. Spędzaliśmy wspólnie czas, chodziliśmy po lesie. Miałem wtedy dziesięć lat. Zastanawia mnie jedna rzecz. W tych snach zwierzęta bały się Laury, kwiaty więdły, gdy próbowała je zerwać. Teraz pamiętam to bardzo wyraźnie. Dlaczego wówczas nie zwróciłem na to uwagi? Nie wiem. Chyba za bardzo ją kochałem, aby przejmować się takimi błahostkami.
Za każdym razem sen kończył się w głowie innego dziecka. Niektóre z nich znałem innych nie. Pamiętam, że wnikanie w cudze sny nie przychodziło mi tak łatwo, gdy byłem z Laurą. Jakby rzeczywistość wokół gęstniała chcąc mnie zatrzymać. Może w takiej sytuacji każdy odruchowo się broni, może wyczuwa złe intencje. Tak teraz wiem, że jej zamiary były złe. Wtedy bardzo chciałem wierzyć, że to, co robi nie jest prawdziwe, że nikomu nie działa się krzywda.
Gdy rozpoczął się rok szkolny przeniesiono nas do nowo wybudowanej, nowocześniejszej i lepiej wyposażonej szkoły. Z tego też powodu utworzono nowe klasy. Byłem spokojny, Laura kilka tygodni wcześniej powiedziała mi, że będziemy w jednej klasie. Gdy w pierwszy dzień wszedłem do nowej szkoły widziałem tych, w których snach gościłem. Poznali mnie. Cieszyli się na mój widok. Mówili, że są moimi przyjaciółmi. Tak jak obiecali Laurze. Jednak, gdy nie widzieli, gdy myśleli, że nie patrzę, dostrzegałem w ich oczach strach, przerażenie i odrazę. Myśleli, że nie zauważam, że udają. Myśleli, że nawet, jeśli to widzę to mi to nie przeszkadza. Tak jak nie przeszkadzało Laurze.
Ja też udawałem. Grałem swoją rolę chłopaka Laury, mojej wymarzonej dziewczyny. Wszystko było tak jak chciała. Wszyscy ją wielbili, wszyscy ją lubili. Czasem ktoś się zbuntował, a wtedy wieczorem odwiedzaliśmy go z razem. Ja zwykle tylko stałem w cieniu, ona rozmawiała, poniżała i biła. Następnego dnia buntownik czy buntowniczka witali nas przyjaznym uśmiechem i pustymi, zniewolonymi oczyma. Starałem się nie myśleć o tym jak o czymś realnym. Miałem po prostu sny. Bardzo chciałem wierzyć, że tylko ja śniłem je każdej z tych nocy.
Tak się to toczyło. Muszę przyznać, że z czasem zacząłem się do tego przyzwyczajać. Byłem chłopakiem dziewczyny, która pomimo młodego wieku trzęsła całą podstawówką. Nie mogę powiedzieć, że byłem nieszczęśliwy, że cierpiałem. To nie tak. Po prostu gdzieś tam na dnie czułem, że coś nie jest tak jak powinno. Mały cichy głosik w głowie szeptał mi czasami, że nie tego naprawdę pragnę. Wydaje mi się, że Laura zawsze o tym wiedziała. Czasem, bowiem bawiła się mną, moim uczuciem. Gdy głos był silniejszy brała mnie na dystans. Jakby czuła mój opór. W takie dni byłem bardzo boleśnie świadomy, iż pomimo tego, że wszyscy mnie lubili to nie miałem nikogo poza Nią.
Tak było do czasu, gdy na początku piątej klasy poznałem Klarę. Pojawiła się jakby znikąd. Miała krótkie niemal białe włosy, wielkie zielone oczy i nosiła kontrastujące z jej drobna sylwetką okute blachą ciężkie buciory. Miała ostry charakter i coś niesamowicie wyzywającego w spojrzeniu. Pierwszy raz, gdy ją spotkałem wpadliśmy na siebie na korytarzu. Odepchnęła mnie od siebie i wyzwała od najgorszych po czym zniknęła w tłumie. Od tego czasu coraz częściej przyłapywałem się na tym, że ją obserwuję. Na przerwach, w trakcie wolnych godzin w świetlicy, po lekcjach, gdy szła do domu. Oczywiście moje zainteresowanie Klarą nie uszło uwadze Laury. Nie wiem czy sama to zauważyła czy doniósł jej któryś z jej niewolników. W każdym bądź razie kazała mi się od niej odwalić. Jednak zanim to zrobiła próbowała oczywiście odwiedzić Klarę we śnie. Wiem, bo też próbowałem. Nie udało się nam. O ile Laurę doprowadziło to do furii mnie to zainteresowało. Klara musiała coś wyczuć. Gdy następnego dnia wracałem ze szkoły czekała na mnie i zaczęła iść obok. Kazała nam się odpierdolić, bo pożałujemy. Nigdy nie zapomnę jej miny, kiedy spytałem czy nie zechce wyjść ze mną na jakiś sok czy coś takiego. Ledwo udało się jej ukryć rumieniec. Gdy się opanowała stwierdziła, że sok jest dla dzieci. Kupiliśmy, zatem cole i jakieś chipsy i poszliśmy do parku na jezioro. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, opowiadałem jej o szkole o mieście. Bardzo ją to interesowało, ponieważ przeprowadziła się tu dopiero kilka tygodni temu i jeszcze nikogo nie znała. Po jakimś czasie zadzwoniła jej mama i Klara musiała wracać do domu. Okazało się, że mieszka niedaleko mnie, więc odprowadziłem ją i poszedłem do siebie.
Czy moi rodzice się o mnie nie martwili? Nie wiem. Szczerze mówiąc byli zbyt zarobieni, aby zwracać na mnie uwagę. Wracali do domu późno, więc mogłem po szkole nie spieszyć się do domu.
W trakcie następnych tygodni często spotykałem się z Klarą. Czułem się przy niej taki spokojny i szczęśliwy. Było to coś zupełnie innego od tego, co czułem przy Laurze. Chociaż nie. To było raczej to co czułem gdy pierwszego dnia zobaczyłem Laurę. Tyle tylko, że po jakimś czasie moje przywiązanie do niej zaczęło wynikać z faktu, iż nie mam nikogo poza nią. Klara natomiast do niczego mnie nie zmuszała. Ja po prostu chciałem przebywać w jej towarzystwie. To chyba nieco żałosne, ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tych wszystkich ograniczeń, jakie narzucała na mnie Laura. Przy Klarze nie musiałem zawsze być wyprostowany, mogłem pociągnąć nosem, gdy miałem katar, a konkurs bekania po opiciu się napojem gazowanym był naprawdę zabawny, a nie niestosowny. Wtedy do mnie dotarło. Laura nie była dzieckiem. Ona była dorosła. Tylko wyglądała jak dziecko. Nie wiem jak tego dokonała. Zresztą nigdy specjalnie nie interesowałem się jak wchodzi do cudzych snów. Wiedziałem, że to potrafi tak jak teraz wiedziałem, że odkryłem prawdę. Wtedy zrozumiałem, że muszę ochronić Klarę. Pozwoliła mi wejść do swoich snów. Wtedy po raz pierwszy ją pocałowałem. Rocznikowo miałem już dwanaście lat, to było krótko po sylwestrze. Okazało się, że każdej nocy Laura napierała na sny Klary. Napierała z siłą i furią, o jaką mimo, wszystko nie zdołałbym jej posądzić.
Następnego dnia był poniedziałek. W szkole podeszła do nas Laura w asyście swojej świty. Powiedziała, że dla niej już nie istnieje. Było to jak zdjęcie uroku. W jednej chwili dopadł mnie ogrom krzywdy, którą wyrządziliśmy wspólnie innym dzieciom. Utonąłbym w tej fali bólu gdyby nie Klara, która chwyciła mnie za rękę. Pamiętam tylko, że mierzyły się wtedy spojrzeniami, ale żadna z nich nie odezwała się już słowem. Tej nocy Laura rozpoczęła kolejny atak na sen Klary. Każdej kolejnej trwały następne. Gdy co dzień mijaliśmy się w szkole jej drwiące spojrzenie pytało jak długo jeszcze wytrzymam. Co noc budziłem się coraz bardziej zmęczony. Po trzech tygodniach zaczęły się krwotoki. Najpierw niewielkie z nosa. Potem bardziej obfite. Rodzice byli przerażeni. Lekarze powiedzieli, że to z powodu przemęczenia jednak nikt nie wiedział gdzie mogłem się tak przemęczyć. Mama wzięła urlop. Codziennie przychodziła do mnie Klara. Mimo początkowych oporów polubiły się. Nawet bardzo. Tylko mamę wciąż raziły Klarowe buty. Gdy mój stan się pogorszył Klara powiedziała, że mam odpocząć, że poradzi sobie sama. Nie chciałem, ale bałem się, że jeśli i ja będę chciał przebić się do jej snu to tylko ją osłabię. Kiedy Klara odwiedziła mnie następnego dnia była bardzo zmęczona, ale się uśmiechała. Każdego kolejnego dnia wracała coraz bardziej wyczerpana. Piątej nocy obudził mnie triumfalny śmiech Laury. Miałem bardzo złe przeczucia. Tego dnia Klara nie przyszła. Czułem się już lepiej, więc zadzwoniłem do niej do domu. Nikt nie odebrał. Zadzwoniłem na jej komórkę. Odebrała jej mama. Dowiedziałem się od niej, że wieczorem Klara wyszła z psem na spacer i została potrącona przez samochód. Jest w szpitalu w bardzo ciężkim stanie. Pamiętam, że kiedy się w pospiechu ubierałem jeszcze lekko kręciło mi się w głowie. Mama właśnie wróciła z zakupów i nawet nie musiałem jej namawiać, aby pojechać do szpitala. Kiedy tam dotarliśmy naszym oczom ukazał się straszny widok. Moja dziewczyna miała złamane obie ręce, lewą nogę i strzaskane żebra. Jej mama powiedziała nam, że Klara miała krwotok wewnętrzny. Jej stan był ciężki, ale stabilny. Przez kolejne kilka dni spędzałem przy jej łóżku tyle czasu ile tylko mogłem. Mama przywoziła mnie rano, zostawiała jedzenie i odbierała wieczorem. Klara była bardzo słaba. Z ledwością mówiła. Gdy skończyło mi się zwolnienie wróciłem do szkoły.
Laura czekała na mnie.
No dobrze. Dokończę jutro. Rozumiem, rodzina. Proszę się zdać na Harolda. Odprowadzi Pana do drzwi. Do zobaczenia jutro.
Spotkanie 3.
Witam. Mam nadzieję dziś skończyć. Zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że nie do końca mi pan wierzy. Bo kto by uwierzył w taką opowieść zwłaszcza z ust piętnastolatka. No, ale nie chodzi przecież o to, aby mi pan wierzył. Prawda. Oczywiście. Proszę powiedzieć, kiedy pan będzie gotowy.
Jak już powiedziałem po wypadku Klary Laura czekała na mnie w szkole. Nic nie mówiła. Nie musiała, wyraz jej twarzy wystarczył. Oczywiście zaraz do mnie podeszła i powiedziała jak jest jej niby przykro i czy może jakoś pomóc. Odepchnąłem ją od siebie i powiedziałem, a w zasadzie wywarczałem, że dość już pomogła. Inni uczniowie pomogli jej wstać. Słyszałem za plecami jej przydupasów rzucających wyzwiska i puste groźby. Laura uspokajała wszystkich tłumacząc mnie i twierdząc, że mam prawo do takiej reakcji, że jestem w szoku. Suka. Oczywiście wiedziała, że tym gadaniem tylko umacnia swoją pozycje. Z żalem przyznaje, że świetnie to rozegrała.
Każdego kolejnego dnia na kilka godzin zaglądałem do Klary. Nocami czuwałem w jej snach. W szkole napotykałem tylko mur milczenia i groźnych spojrzeń. Nie było to miłe, ale nie spodziewałem się niczego lepszego. Ci, którzy otwarcie nie stali za Laurą unikali mnie dla świętego spokoju. Mimo wszystko bali się jej. Nauczyciele patrzyli na mnie z litością. Teraz nawet trudno mi powiedzieć czy współczuli mi czy po prostu uważali, że mam nie po kolei w głowie. Nie wiem i szczerze mówiąc ani wtedy ani tym bardziej teraz specjalnie mnie to nie obchodziło. Kolejne noce czuwania przy Klarze. Spokojne noce. Laura się wycofała, a przynajmniej tak się wydawało. Nagle pewnej nocy na ściany snu Klary natarła potworna siła. Uderzenia następowały z różnych kierunków. Musiała odnaleźć innych takich jak my. Tak myślałem wtedy. Prawda była jednak zupełnie inna.
Zwykli ludzie nie mogą wchodzić do cudzych snów. Mogą być jednak przekaźnikami. Do snów mogą wejść jedynie istoty takie jak ja, Laura czy Klara. Nasza podstawowa umiejętnością jest to, że w pewnych specyficznych warunkach potrafimy przypomnieć sobie swoje poprzednie wcielenia. Zwykle przebywamy w uśpieniu. Możemy tak przeżyć całe życie i nie dokonać niczego niezwykłego, możemy wybudzić się częściowo i tak jak Klara dokonywać pewnych rzeczy nieświadomie, w ramach odruchu. Koniec końców możemy tak jak Laura mieć dostęp do niesamowitych możliwości, jakie daje nam liczba żyć, które przeżyliśmy wcześniej. Im więcej żywotów przetrwaliśmy tym potężniejsi jesteśmy.
Laura myślała, że jestem zwykłym nieświadomym. Takich jest dość wielu. Podejrzewam, że bliźniaczki były nieświadomymi, choć trudno powiedzieć, bo nie widziałem ich od czasu, gdy wyjechały. Bliźniaki zawsze są niezwykłe, często dużo potężniejsze od zwykłych przebudzonych. Nic, więc dziwnego, że chciała je wyeliminować. Klara była nieświadoma. Tak, zgadza się. Teraz jest już wzbudzona. Oczywiście, że zdaje sobie sprawę, że wciąż jest w śpiączce. Nie zmienia to faktu, że wciąż jest przy mnie. Ciało jest tylko pewnego rodzaju manifestacją na określonym poziomie egzystencji. Ona jest ponad to.
Wracając jednak do Laury i jej ataku na Klarę. Moja…hmm…była wykorzystała swoich popleczników i za ich pośrednictwem wykonała olbrzymia ilość relatywnie słabych ataków na sen Klary. Skupiłem się na bronieniu mojej dziewczyny. Niestety nie przewidziałem, że to nie ona jest celem. Gdy byłem zajęty Laura zaatakowała, ale nie Klarę, lecz mnie. Wdarła się w mój sen. To nie było nic miłego. Stałem sam w małym ciemnym pokoju. U sufitu wisiała lekko bujająca się żarówka. Jej światło rzucało na ścianę wiecznie ruchome przerażające cienie. Wtedy jeszcze wciąż traktowałem siebie jak dziecko. I odczuwałem tak jak dziecko. Choć bardzo starałem się z tym walczyć to mimo wszystko balem się strasznie. W rogach pokoju coś przemykało za każdym razem, gdy nie sięgało tam wątłe światło żarówki. Wiedziałem jak wejść do cudzego snu jednak nigdy wcześniej nikt nie wszedł do mojego. Nie wiedziałem, co robić. Miotałem się jak dziki, mając w pamięci te wszystkie straszne filmy, w których coś czaiło się za plecami bohatera. Poznaczone głębokimi bruzdami deski skrzypiały głucho. Wydawało mi się, że przez szpary pomiędzy nimi widzę jak coś porusza się pod podłogą. Pot spływał zimną stróżką po moich plecach. Dłonie miałem mokre. Deski skrzypiały coraz głośniej. Wokół narastał dziwny dźwięk. Jakby skrzypiących małych nóżek. Nagle światło zgasło. Przez ciemność pokoju przebiegł obrzydliwy nieludzki śmiech i zapachniało zepsutym mięsem. Czułem wokół siebie jakąś obecność, niewyraźnie widziałem jakieś ruchy w ciemności. Mój oddech był głośny i urwany jak po długim biegu. Laura syciła się moim strachem, karmiła się nim. Gdy już myślałem, że oszaleję w pokoju zapadła nienaturalna cisza. Jak w chwili gdy na moment przed atakiem drapieżnika ofiara spostrzega, że już nie ma szans. Wszystko zwolniło, a pokój eksplodował oślepiającą jasnością. Gdzieś na granicy świadomości usłyszałem krzyk Laury. Po środku stała Klara, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że mnie kocha, że już wszystko pamięta. Gdy znikała mi z oczu usłyszałem prośbę abym się nie martwił. Przyrzekła, że wróci.
Gdy się obudziłem byłem cały mokry od potu. Następne kilka dni spędziłem w łóżku. Miałem wysoka gorączkę i majaczyłem. Budziłem się. Później dowiedziałem się, że tej nocy, kiedy walczyliśmy z Laurą stan Klary gwałtownie się pogorszył. Miała zapaść i wpadła w śpiączkę. Nie zmartwiły mnie jednak te wieści. Wtedy już wiedziałem, co się stało i co muszę zrobić.
Gdy już wydobrzałem poszedłem do szkoły. Wszyscy, którzy dotąd byli związani z Laura patrzyli na mnie z lekiem. Podejrzewam, że sami nie wiedzieli do końca, z czego się to uczucie brało. Sama Laura była nienaturalnie wręcz spokojna, cały swój strach przelała w wyznawców. Nie poddała się bez walki. Tak się zastanawiam, czy w jakimkolwiek raporcie policyjnym z tego zdarzenia ktokolwiek zadał pytanie skąd dwójka dwunastolatków zna sztuki walki rodem z azjatyckich filmów akcji. Czy ktoś spytał jakim cudem dziecko jest w stanie przebić swoim rówieśnikiem ścianę i walczyć dalej. Podejrzewam, że nikt. Wiem, że nikt.
Wiem też, że gdybym pozwolił Laurze żyć, gdybym okazał litość to prędzej czy później znalazły by się inne dzieci, inni ludzie, którzy doświadczyli by tego samego, co my. Nagięci jej wolą, zastraszeni i zniewoleni. Tak wiem, że za kilkadziesiąt lat ona odrodzi się w innym ciele. Może być pan pewien, że wtedy też ją znajdę. Postaram się być wówczas równie subtelny jak w sześćdziesiątym drugim.
Jak zapewne pan widzi to czego się dopuściłem nie wynikało z zaburzeń psychicznych, agresji, czy lęku. Była to czysta chłodna kalkulacja. Jedna śmierć na moim sumieniu za dobro niezliczonej ilości ludzi. Nie jest to coś, z czego jestem dumny ale chyba tak już po prostu musi być.
O, chyba czas nam kończyć. Tak wiem, że ma Pan jeszcze czas, ale ja już go dla Pana nie mam. Oczywiście, że mogę stąd wyjść. Klara właśnie się obudziła. Chce pan numer do szpitala? Proszę sprawdzić. Spała trzy lata. Tyle samo ile ja czekałem tutaj. Musze przyznać, że było nawet miło. Zresztą, gdyby nie to czego dokonałem w tej placówce chyba nigdy bym Pana nie spotkał.
Widzi Pan. Miałem rację.
Do zobaczenia. Oczywiście, że mnie Pan jeszcze spotka.
Epilog
Jonathan Franklyn MacCook jeden z najbardziej cenionych brytyjskich psychoterapeutów odbył trzy spotkania z piętnastolatkiem, któremu przypisywano wyprowadzenie ponad stu osób z ciężkich i uważanych za nieuleczalne zaburzeń i chorób psychicznych. Chłopiec to od trzech lat przebywał w szpitalu po tym jak na oczach całej szkoły zamordował swoją koleżankę z klasy. David miał wówczas dwanaście lat.
Po tym jak jego rozmówca skończył mówić Dr. MacCook zadzwonił do szpitala i dowiedział się, że Klara Adams zmarła nie wybudziwszy się ze śpiączki. Siedzący naprzeciw niego chłopiec uśmiechnął się, zamknął oczy i odpłynął w głąb swego umysłu. Jego ciało bezwładnie osunęło się na podłogę. Gdy lekarz do niego podbiegł puls był już niemal nie wyczuwalny. Pielęgniarz, którzy był przy chłopcu zaraz po nim starał się go reanimować. Bezskutecznie.
Oficjalna przyczyna zgonu Davida pozostała nie znana. Dr. MacCook w żadnym oficjalnym raporcie nie wspomniał o tym jak wiele nauczył się od dwójki młodych ludzi, którzy przez kolejne kilka miesięcy odwiedzali go wieczorami… gdy śnił.
kOOOnieC…

